RSS
 

Archiwum - Maj, 2008

Kolejne opowiadanie

26 maj

- Karolu jak blisko są barbarzyńcy?- rzekł niski pozbawiony jakiejkolwiek obawy głos.
- Nie wiem panie. Zwiadowcy mówią, że… Huk wypalającego kilkunastotonowego działa zagłuszył mi jakże ważną dla pana mego wiadomość.
- Nie ma czasu.- Mapa okolicy majestatycznie poszybowała w stronę stert papierów na biurku.
- Pomóż mi włożyć zbroję.
Karol, nie ociągając się, posłusznie wykonał wolę pana.
Gdy tylko blask hełmu zasłonił twarz jego, krzyknął ochoczo wychodząc z izby.
- Ruszamy! I niech te psy mają ze sobą swego boga… będzie ciekawiej.
Ostatnie słowa wypowiadał na granicy cichości niesłyszalnej, ale ja, giermek znany z licznych talentów, usłyszeć to zdołałem.
Ze stojaka tarcze i miecz pana wziąć jeszcze zdołałem i ruszyłem za nim.
Widok bitwy pola należeć do przemiłych nie mógł. Dalece bowiem odbiegał od pól makowych w naszych rodzimych stronach. Choć barwą podobieństwo mógł imitować.
Tę twierdzę potężną Enarat zwaną, zdobywali psy niewierne, co bogu krwawemu i zawistnemu służyli. Główna przestrzeń twierdzy usłana ciałami jak plaża piaskiem była, a krzyki agonii i szczęki żelaza niosły się jak wiatry cioci Ludmiły po izbie dusznej.
Z wielkim żalem rzec to musze, iż brać nasza chrześcijańska w żyć porządnie dostawała.
Wtem brama, co na dziedziniec prowadziła pękła z hukiem wielkim częściami swymi walczących obsypując. Patrząc jak araby przebrzydłe przez bramę, tak jak ziemniaki z wora się wysypują myśl okrutna przez umysł mi przeszła, że to koniec giermka wieszcza.
Nim się spostrzec zdążyłem pan mój na dole znajdować się raczył z tarczą i orężem, który jeszcze przed chwilą trzymać w rękach miałem.
W zbroi wypolerowanej mienił się w słońcu arabskim jak święty w odwiedzinach u swych współbraci w piekle tonących. Smoki dwa na piersi jego tańczące w gorącu i zaduchu dnia tamtego zionąć ogniem żywym się zdawały a miecz błyszczący jako boskie narzędzie się jawił.
Pan mój nim zareagować zdążył w okrutnej sytuacji się znalazł. Jak niedźwiedź w czas polowań przez myśliwych krwi jego żądnych i psów gromady otoczony tak teraz on przez nierządnice Allacha w koło wzięty został.
Lecz mimo swej sytuacji mistrz mój miecz podniósł. A wtedy niebiosa widoku chcące sobie tego oszczędzić zasłoniły swe oblicze i ciemnością się stały. Grzmot gniewu bożego z mieczem pana się zgrały i trzy łby w powietrze pofrunęły. Reszta hultajów cofnąć się zdążyła i czekać jak w oblężonym burdelu zaczęła. Z piana bijącą i pałami podrygującymi, o tarcze walonymi. Majster mój do przodu parł zaczął a ciął heretyckie ścierwa z łatwością i precyzyją taką jako to robi chłop żyto w czas żniw rżnący.
Liczba i rynsztunek znaczenia mieć nie miały, pan mój każdego z Bogu podobną tylko sprawiedliwością na tamten świat wysyłać raczył. Sam jeden jako punkt błyszczący, refleks w krwi kielichu do bramy przejście utorował sobie.
Kundle Machometa uciekać poczęły. Pewno prócz mistrza mego do walki inni znamienici przyłączyć się zdążyli. Po chwili już po niektórych ledwie, co włos z końskiego ogona pozostał, ale pany rycerstwo za wygraną dać nie chcieli. Jeńców nie zostawiali a gonili za psubratami aż na sześć długości od twierdzy. W takiej to odległości ostatnie ciała heretyckie widzieć można było jak je ptactwo bezcześci. Ze środka ciała na zewnątrz wyniesiono i oliwami oblano. Mrok zapadał i stoły rozstawiano, a z zewnątrz przydatnie tym razem ogień przygotowania do uczty oświetlał. Choć na tyle przydały się marne grzeszników żywoty.
Pan usiadł na beczce i o miecz swój się oparł.
- Jak myślisz Karolu. Czy chwała tego zwycięstwa w historyji kartach godna jest zapisania? -rzekł to tak łagodnie, że wrażenie się miało jakoby przed chwilą kąpiel z dziewką brał.
- O na pewno – potulnie odrzekłem w podziwie jego spokoju.
- Pomóż mi zbroje zdjąć, wyszoruj ją dokładnie, potem do uczty się przyszykuj.
- Z przyjemnością – rzekłem radośnie, rozradowany faktem, iż mistrz mój o miejsce mojego pobytu w czas bitwy nie spytał.
- A właśnie, ilu dziś innowierców ubić ci się udało? – Boże mój… Boże, czemu mnie tak doświadczasz…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

Kolejny wierszyk….

23 maj

"Piosnka"

Majaczy pod mostem stara kartka papieru.
Na niej wersy nowego szlagieru.
Hit miał być to o miłości.
Dotyczący także ludzkiej podłości.
Ale poecie zabrakło wytrwałości.
I odwzajemnionej czułości.
Zamknął się w swej zwięzłości.
Nie otwierając się na świata radości.
I zwiądł poeta ze starości.
Nie zaznając nigdy wzajemności.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

Teraz wierszyk na życzenie

23 maj


"Piękno we krwi"

Wampira pięknego widziałem,

Gdy wieczorem po uliczce się
przechadzałem,

Jej włosy jak noc z gwiazdami się
łączyły,

Przechodzące damy im tylko
zazdrościły,

Sylwetkę smukłą jak anioł
piekielny,

Sam szatan formował w uchy igielnym,

Idąc woń swą roztaczała, ni to róże
ni to kabała,
Mężów żonom odbierała.

Prowadziła ich w ustronne miejsca.

Gdzie chwilą rozkoszy zmieniała w
kawał mięsa.

Taki to wampir, duszy i krwi zaborca,

Nie daje a odbiera szatana poborca.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

Pierwsze opowiadanie

23 maj

"Czarne słońce"

    Dym wydobywający się z lufy łagodnie zwijał się w powietrzu, w przeciwieństwie do kupy mięsa która leżała naprzeciwko. Agoniczne podrygi, pozbawionego głowy ciała, nie należały do najmilszych widoków. Ale w sytuacji jakiej się znalazł były jednymi z najczęstszych. Mężczyzna podszedł do tego co pozostało z psa i strzelił jeszcze raz dla pewności. Zwykle tego nie robił ale po tym co dziś zobaczył wolał już się nie zdziwić. Odwróciwszy głowę jeszcze tylko spojrzał na to co gospodarz dumnie nazywał piwnicą. Było w niej ciemno, brudno i teraz niemiłosiernie śmierdziało siarką. Otrzepał się i udał się po schodkach do wyjścia.
- Ile płacimy? – radośnie spytał tłusty i spocony gospodarz widząc jak Łowca wychodzi z piwnicy.
- Jeden Bies, jedna uncja kaszy i coś do picia. Pasuje?
- Oczywiście!.. Miło się z panem robi interesy.
- Wątpię… – Łowca z niesmakiem popatrzył na górę tłuszczu i podszedł do bali z wodą stojącej nieopodal wyjścia z piwnicy.
Czemu oni zawsze tak się wysilają; i tak nienawidzą nas z całego serca. Spływająca po twarzy chłodna woda na chwilę przerwała potok myśli. To po co te cholerne uśmieszki i grzeczności. Przecież wszyscy dobrze wiemy, że sobą gardzimy.
Mieniące się w słońcu kropelki spływały po jego przeoranej bliznami twarzy skupiając się na podbródku i spadając cichutko na ziemię. Takie chwile to jedne z nielicznych w których mógł poczuć ulgę.
Chwile w których klient oddalał się by przygotować zapłatę a mięśnie mogły odpocząć po wytężonej pracy. Te chwile jednak nie trwały zbyt długo. Gospodarz szybko zorganizował pokaźnej wielkości worek i bukłak.
- Proszę – burknął podając nagrodę Łowcy.
- Taa…
Kolejna maszkara wysłana do czeluści. Za miesiąc lub dwa pewnie wróci jeszcze bardziej wściekła i żarłoczna, ale co go to obchodziło. To już problem innego Łowcy. Przyjął worek i bukłak po czym odwrócił się gwałtowanie, o mało co nie przewracając gospodarza i biegiem udał się na zachód. Zawsze tak robił.
    W ciemnym, zagraconym pokoju przy ogniu małego paleniska siedział człowiek. Powietrze w pomieszczeniu było równie gęste jak zupa przygotowywana w puszce ustawionej nad paleniskiem. Nieliczne z promyków światła przebijających się przez zasunięte kotary tylko bezczelnie potwierdzały ten stan.
- Co tam pichcimy? – Łowca szybko wyciągnął broń i wycelował w źródło głosu.
- Spokojnie… – przybysz wyciągnął ręce do przodu w geście poddania się. – Jeszcze komuś zrobisz tym krzywdę.
Łowca odwrócił się spokojnie i popatrzył na wychudzoną postać ubraną w najdroższe ciuchy jakie były na stanie lumpeksu.
- Czego? – z niezrównaną sobie obojętnością powiedział Łowca.
- Przybyłem tutaj aby prosić cię o przysługę. – Chudy jegomość opuścił już ręce i podszedł bliżej.
- Słucham.
- Mamy duże zlecenie i chcielibyśmy aby pan w nim wziął udział. No o ile pana Anioł Stróż nie ma nic przeciwko temu. – Przybysz rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu.
- Nie mam swojego. Co to za zlecenie?
Mężczyzna z zaciekawieniem przyjrzał się Łowcy. Krótko przystrzyżone włosy, krótki zniszczony płaszcz i wytarte jeansy nie pasowały zbytnio do wizerunku Łowcy. Jedynie wielki srebrny krzyż zawieszony na szyi sprawiał wrażenie rzeczy na swoim miejscu.
- Jak to pan nie ma?!
- Po prostu nie mam. Koniec tematu! Co to za zlecenie?
- Upadły anioł! – Zleceniodawca prawie przeliterował.
Łowca zagwizdał i przemieszał zawartość puszki, dbając by jego jedyny w tym dniu ciepły posiłek się nie przypalił.
- Ile za to?
- Trzy uncje ryżu i pięćdziesiąt litrów wody.
- Zapłata warta fatygi – mruknął do siebie Łowca. – Kiedy i gdzie?
- Najlepiej jeszcze dzisiaj, przed spichlerzem.
- Będę o świcie. – Mężczyzna w kolorowym ubraniu uśmiechnął się i ukłonił lekko.
- Wyczekuje naszego następnego spotkania. A teraz żegnam. – Wychodząc potknął się jeszcze tylko o próg, wywołało to perfidny uśmieszek na twarzy Łowcy.
    Poranki były zawsze najobrzydliwszą porą dnia w tym mieście. Czarne słońce powoli wyłaniało się znad budynków i swoją obecnością nie pozwalało na dalszy sen. Od kiedy tylko straciło swoją naturalną barwę, stało się jeszcze bardziej wkurzające. I pomyśleć, że to wszystko przez nieostrożne dzieciaki z pentagramem. Szlag by to trafił.
Łowca wstał i włożył na siebie płaszcz. Po wewnętrznych stronach umieścił broń i w zadumie popatrzył na paczki amunicji, które leżały nieopodal.
Tak Jeremiaszu, żyjesz w czasach gdzie naboje są tańsze od wody…
Wychodząc urwał jeszcze tylko kawałek chleba i wsadził go sobie do ust. Nie zamykał za sobą, po pierwsze nie miał co zamknąć, po drugie żaden normalny człowiek nie kradnie niczego z domu Łowcy. W końcu ktoś kto zabija demony musi być od nich gorszy.
Miasto, a raczej to co z niego pozostało po pierwszych wojnach niebieskich, wyglądało jak zamek z piasku zniszczony przez nadpobudliwego dzieciaka. Do tego oczywiście trzeba dołożyć tłok i smród spoconych, niemytych od tygodni ciał i ekskrementów które zalegały w niedrożnej od dziesięcioleci kanalizacji.
Przejście przez to mrowisko było nie lada wyczynem dla normalnego człowieka, ale nie dla Łowców. Wszyscy wiedzieli, że nie można ich dotykać, a już zbliżenie do jednego z nich sugerowało kłopoty.
Przed spichlerzem stał zleceniodawca. Tym razem ubrany w fluorescencyjną różową kurtkę i spodnie od markowych dresów. Gdy tylko zobaczył Łowcę zamachał do niego i podszedł.
- Jak się dzisiaj mamy?
- Może ominiemy te grzeczności i przejdziemy do sedna?
- Dobrze, już dobrze… Cel znajduje się w środku. Zabezpieczony pieczęciami. Jedyne co pan musi zrobić to go odwołać.
- Niech zgadnę, żaden inny głupiec nie podjął się tego samobójczego zadania?
Jaskrawo ubrany jegomość nabrał powietrza.
- Niech pan nie odpowiada… Którędy mam wejść?
Zleceniodawca wskazał ręką małe drzwiczki.
Łowca poprawił płaszcz i udał się w stronę wejścia. Po drodze mijał kramy pełne broni i amunicji. Nigdzie nie dostrzegł tak deficytowego towaru, jakim było jedzenie. Tuż przed drzwiczkami prawie nie potknął by się o leżącą dziewczynę. Odsunął ją nogą i otworzył jedno skrzydło. Tyle wystarczyło by się przecisnąć. Jeszcze raz spojrzał na leżącą żebraczkę i wszedł do środka.
Gdyby nie te szmaty byłaby całkiem ładna.
Ciemność, która panowała w środku, mogła zostać określona jako nieprzenikniona, gdyby nie kilka dziur w dachu wpuszczających nic nie dające pasemka światła. Tańczące w nich pyłki zdawały się starać wydostać na zewnątrz ale smagane podmuchami świeżego powietrza pozostawały w zamknięciu. Wtem na środku wielkiego pomieszczenia rozbłysło światło. Łowca skulił się zasłaniając sobie oczy ręką w której trzymał broń. Kolejny rozbłysk był czymś, czego Łowca już nie mógł pamiętać.
- Gdzie? Co? – Łowca majacząc spróbował otworzyć oczy, bolało…
- Spokojnie, jeszcze się nie ruszaj. – Ciepły kobiecy głos działał lepiej niż leki.
- Gdzie jestem? – mężczyzna wycedził przez zęby.
- W bezpiecznym miejscu. Jak wydobrzejesz to pogadamy.
- Jasne.
Łowcy zwykle nie miewają snów, a jeśli już to koszmary. Tym razem było inaczej. Jeśli za każdym razem, gdy będzie bliski śmierci, będzie mu się śniła piękna kobieta, to może się tak dziać codziennie. Sen nie był wyjątkowy, nie zawierał akcji, była w nim tylko ona. Piękna, uśmiechnięta, choć nie widział dokładnie jej twarzy czuł że tak jest, i troszczyła się o niego. To wystarczy by błagać Boga, żeby po obudzeniu nie znikła.
Gdy Łowca jednak otworzył oczy, nie było jej. Oczywiście że jej nie było, w końcu to tylko sen; pomyślał.
- O już się obudziłeś? – ten sam ciepły głos. Łowca spróbował odchylić głowę ale nie miał siły. – Nie frasuj się tak bo jeszcze sobie coś zrobisz.
- Gdzie? – wycedził przez zęby.
- Czy to ważne? Grunt że żyjesz i przy odrobinie szczęścia będziesz jeszcze w stanie się sam poruszać.
- Czemu? -Gdyby nie ten piekący ból w klatce i potworne zmęczenie zadałby bardziej rozbudowane pytania. Na teraz musiało to jednak wystarczyć.
Na chwilę zapanowała cisza. Łowca miał nadzieję, że jego rozmówczyni nie poszła sobie gdzieś, a zastanawiała się nad odpowiedzią. W takich sytuacjach głupio by było zostawać samemu, bez podstawowych informacji o swoim położeniu i stanie.
- Powiedzmy, że był to samarytański gest.
- Jasne. – Łowca ręką chciał sprawdzić czy nie ma żadnych nowych blizn na ciele, niestety nie mógł. On już dobrze zna takie samarytańskie gesty.
- Mówiłam ci, żebyś się nie frasował. Nic ci nie zrobiłam. Zresztą wiem że jesteś łowcą. Głupio by było się takiemu narażać, co nie?
W takiej sytuacji mogła by mi się narażać ile wlezie. I tak nie jestem w stanie ruszyć palcem.
- Więc mnie nie dotykałaś?
- Jasne że nie! Jeszcze życie mi miłe.
To właśnie była największa broń Łowców. Dotknięcie ich uruchamiało pewną obrzydliwą klątwę. Ciało Łowcy jak i jego nieostrożnego koleżki rozkładało się w gepardzim tempie. Dawało to jakieś trzy dni życia dla wytrwałych i kolejne dwa na zamienienie się w kupkę nawozu. Dzięki temu żaden, nawet najgorszy popapraniec, wliczając w to demony, nie odważył się dotknąć Łowcy.
    Dni mijały powoli a Łowca czuł się coraz lepiej. Choć nadal przykuty do łóżka… Prawie dosłownie bo jego wybawczyni widząc że próbuje wstać, przywiązała go.
- Kiedy będę mógł wstać? – Łowca zapytał niepewnym głosem.
- Kiedy wydobrzejesz. – nowy kompres wylądował z plaskiem na czole mężczyzny, oblewając jego twarz ciepłą wodą.
- Ile jeszcze?
- Nie wiem. Strasznie cię poharatało. A ja już nie mogę tego zrobić szybko.
- Czego?
- Wyleczyć cię.
- Mogę chociaż spytać o imię wybawcy? – w jego ustach brzmiało to raczej jak żądanie niżeli prośba.
- Imerej
- Dziwne – kobieta odchrząknęła znacząco.
- Imienia się nie wybiera – powiedziała głosem pełnym wyrzutu. – A ciebie Łowco jak zwą?
- Jeremiasz.
Kobieta nagle wybuchnęła śmiechem.
- Z czego się śmiejesz?!
- Z niczego, coś mi się przypomniało. – powiedziała, usilnie próbując zdusić śmiech.
Bycie przywiązanym do łóżka miało jednak też dobre strony, nie mógł jej teraz przydusić i wyciągnąć informacji. Zapewne po takim incydencie nie byłaby już taka skora do pomocy choremu. Mimo wszystko wolał już zasnąć. Konwersacja z opiekunką mogła go tylko bardziej zdenerwować a nie chciał obrażać osoby która go uratowała. Zresztą nawet jej nie widział, tylko ten przeklęty sufit. Znał już prawie na pamięć ułożenie wszystkich dziur i pęknięć na tym szaroburym obrazie nędzy. Zamykając oczy miał tylko nadzieję, że znów zobaczy tą kobietę. Od momentu gdy po raz pierwszy ją ujrzał, cały czas o niej myślał. I choć wiedział że to tylko marzenie, że jej włosy, twarz i ciało to tylko ułuda, nie mógł dłużej skupić myśli na niczym innym. Przez wiele lat tak długo nie myślał, dopiero teraz gdy nie mógł się poruszyć, przedzierał się przez swoje myśli nagromadzone i upchnięte w najciemniejszym zakamarkach duszy. Dopiero teraz poczuł, że jest sam. Wcześniej się nad tym nie zastanawiał, nie był mu potrzebny nikt inny tylko trochę jedzenia i miejsce do spania. Uczucie samotności było czymś nowym, czymś nieznanym i boleśniejszym od jakiejkolwiek rany, którą kiedykolwiek miał. Leżąc z zamkniętymi oczami błagał po cichu żeby ktoś przy nim był. Żeby choć na chwilę przygasił ten ból. Zdawał sobie jednak sprawę, że to o co prosi jest niemożliwe. Nikt o zdrowych zmysłach nie zbliży się do niego, a już na pewno nie kobieta jak z jego snu. Ciało coraz bardziej ciążyło mu, w jednej chwili poczuł się bardzo stary, tak stary jak jego pradziadek, albo i jego dziadek, a miał przecież dopiero dwadzieścia pięć lat. Nie mogąc dalej wytrzymać zacisnął mocniej oczy w nadziei, że to szybciej przyniesie błogi sen.
- Witam śpiocha! – radosne słowa przyjemnego głosu przerwały kolejny z koszmarów. Już się ich nie bał, za często się pojawiały. Zresztą i tak widział straszniejsze rzeczy na żywo.
- Już świta? – spytał zaspanym głosem.
- Taaa jasne świta… To już obiad cwaniaczku!
- Aaaa… obiad… – powiedział od niechcenia.
Odgłosy krzątania się dziewczyny były całkiem przyjemne, przynajmniej wiedział że jest gdzieś blisko.
Kolejny dzień spędzony na łóżku. Kolejny…
- Kiedy będę mógł wstać?
- W sumie to zaraz cię odwiąże. W moim mniemaniu już jesteś na to gotowy. Poczekaj chwilę.
Poczuł ciągnięcie przy nadgarstkach i kostkach. Po chwili wiedział, że już nic go nie krępuje ale bał się poruszyć. Bał się odwrócić wzrok i rozejrzeć się po izbie. Jakiś irracjonalny lęk przed spojrzeniem jej w oczy. Kim jest? Jak wygląda? Do tej pory takie pytania nawet nie przychodziły mu na myśl. Teraz musiał się z tym zmierzyć. Musiał powrócić do rzeczywistości, do tych brudnych i spoconych ludzi. Do panien bez zębów i pokaźnej części garderoby. Nigdy już nie będzie miał okazji na myślenie o kobiecie ze snów. Bał się że po takim czasie wszystko się zmieniło. Że nie ma do czego wracać; a rozpoczynanie czegoś nowego było jeszcze bardziej przerażającą perspektywą.
- No co tak leżysz, wstawaj! – dziewczyna po raz pierwszy nachyliła się nad nim ale spod burzy loków nie mógł dostrzec jej twarzy. Podciągnęła go do pozycji siedzącej. Dopiero teraz przypomniał sobie o klątwie. Odepchnął ją z całych sił. Dziewczyna z dużym impetem upadła na podłogę.
- Czemu to zrobiłeś? – powiedziała prawie płacząc. Zrobiło mu się jej żal, ale to uczucie przeistoczyło się w gniew. Teraz i tak umrą. Po co zmarnowała tyle czasu. Przez jej głupotę teraz umrą oboje.
- Dlaczego mnie dotknęłaś! To wyrok! Nie wiesz o tym?!
- Mam rękawiczki i… i długie rękawy. – dopiero teraz zauważył że szlocha. Usilnie próbuje zatrzymać emocje które w niej siedzą. Jeremi widział jak płaczą kobiety, jak płazą po stracie dziecka, jak płaczą przez niego. Teraz nie wiedział jak się zachować, nie mógł jej przytulić, nie mógł wydobyć z siebie słowa pocieszenia. Zresztą nie znał takich słów. Nie mógł także odejść bez słowa. Zawieszony w tej okropnej chwili patrzył jak dziewczyna siedzi na podłodze jak mieniące się w świetle łzy spadają na ziemię tworząc ciemniejsze kręgi. Łowca chciał odwrócić wzrok ale nie mógł. Coś go przymuszało do patrzenia na osobę, która się nim opiekowała a którą on potraktował w tak okrutny sposób.
Sama sobie jest winna nie trzeba było mnie dotykać bez ostrzeżenia!… Co ja?!… Przecież ona dobrze wiedziała kim jestem. Powinienem pomyśleć. Przeprosić.
Myśl o tym jedynym słowie którego nigdy nie używał przerwała wszystkie inne. Mimo że wiedział jak je wypowiedzieć, to jedno słowo nie chciało przejść mu przez gardło. Nieważne jak by się starał. Ułożył usta do pierwszego dźwięku i nabrał powietrza.
- Przepraszam! – wrzasnął. Bynajmniej nie tak sobie wyobrażał przeprosiny; ale inaczej nie przeszło by mu to przez gardło.
Dziewczyna gwałtownie podniosła głowę. Jej twarz była znajoma. Teraz różowa od nabiegłej krwi, z oczyma lekko podsiniałymi i świecącymi dróżkami którymi biegły łzy. Złote loki przykleiły się do jej policzków a usta wykrzywione do tej pory w smutku otworzyły się z niedowierzania.
- Ty mnie przepraszasz?… – spytała jakby nie wierzyła w to, co powiedziała.
- Nie każ mi tego powtarzać. – Mężczyzna powiedział prawie błagalnym tonem i odwrócił się w poszukiwaniu czegoś do założenia na siebie.
Pokój, w którym leżał nie był duży. Łóżko stało przy samym wejściu a naprzeciw niego stały jakieś szafki, na ostatniej wolnej ścianie było okno teraz zasłonięte podziurawionymi kotarami. Lokum musiało być strasznie drogie bo wszystkie ściany były murowane. Dziewczyna widząc rozglądającego się Łowcę rzuciła w jego stronę zwitek z ubraniami.
- To twoje… uprane…
- Dzięki. – Łowca ubrał się powoli. Długo leżał i jeszcze nie czół się jeszcze na siłach.
Dziewczyna otarła sobie twarz i usiadła na łóżku obok Jeremiego.
- I co teraz zrobisz? – obawiał się tego pytania. Przecież nie powie jej, że odejdzie bez słowa; a chciał tak zrobić. Tak by było najlepiej dla nich oboje.
- Jeszcze nie wiem. Jakieś propozycje? – dziewczyna spojrzała prosto w jego oczy. Teraz gdy już nie płakała, była naprawdę ładna. Widział już gdzieś ten typ urody, na pewno nie u drugiego człowieka. Jego opiekunkę można było porównać do posągu wydobytego spod ręki mistrza ale nie do innego człowieka. Wpatrując się w nią zastanawiał się, gdzie już widział tę znajomą twarz. Zresztą samo wpatrywanie się było wystarczająco przyjemne by nie przerywać, w tym szarym świecie trochę piękna zmieniało szarość w pełen kolorów kalejdoskop.
- Możesz na chwilę przestać… To trochę krępujące.
- Aaa tak jasne. – Jeremi szybko odwrócił głowę i zaczął wpatrywać się w swoje skórzane rękawiczki. Gdzieś już ją widział, na pewno, ale gdzie?…
- Możesz mi pomóc z chorymi… – Łowca parsknął śmiechem.
- Widziałaś kiedyś Łowce w roli pielęgniarki?
- Ludzie cię tu nie znają. A i tak wszyscy znachorzy noszą rękawiczki. – odparła trochę naburmuszona.
- Taaaa…
- Mam jeszcze jedna prośbę. Czy mogę dotknąć twojej twarzy?
- Po co?
- Mam problemy ze wzrokiem a chciałabym cię obejrzeć.
- Przez rękawiczki.
- Oczywiście.
Dziewczyna miała cienkie rękawiczki z nieznanego Łowcy materiału. Materiał był miękki i ciepły. Jeremi wyobrażał sobie, że taka właśnie jest jej skóra. Miękka i ciepła. Zupełnie jak te rękawiczki. Gdyby tylko mógł zerwał by je i przytulił te dłonie do siebie. Po chwili jednak skarcił się za tą myśl. On nie jest taki, nie może być. Zabijanie demonów… to jest jego życie. Wysyłanie ich tam skąd przyszły. Dotyk innego człowieka nie jest mu pisany. Nawet gdyby mu go bardzo brakowało.
Znowu zaczął myśleć. Znowu pędzące uczucia i wspomnienia zalały go jak woda z wodospadu. Tęsknota, żal i smutek wbijały się powoli w serce. Gdyby mógł tylko poczuć… Pamiętał jak kiedyś mu mówiono że każdy Anioł Stróż trzyma swojego Łowcę w objęciach póki ten nie poczuje się lepiej. Jeremi nie miał swojego. Może nigdy nie miał, a może jego Anioł odszedł od niego. Gdyby tylko mógł teraz poczuć dotyk swojego Anioła, na pewno poczuł by się lepiej. Wyobraziłby sobie, że ten dotyk, to dotyk tej dziewczyny. W końcu wszystkie jego myśli skupiły się w jedno wołanie wyrażające wszystkie jego tęsknoty:
Boże czemu?!
Jeremiasz nawet nie spostrzegł kiedy dziewczyna skończyła. Cały czas czół ścieżki po których przejeżdżała palcami.
- Taki brzydki to ty nie jesteś. – powiedziała radośnie. – Spodziewałam się starego i pomarszczonego zrzędy, a jesteś młodym i lekko pokiereszowanym zrzędą… – Uśmiechnęła się radośnie. Teraz już wiedział gdzie ją widział, to ona mu się śniła. To jej twarz widział gdy trwał w objęciach morfeusza. Jego serce napełniło się radością. Szybko jednak wydaliło słodki nektar. To oznaczało, że nawet tam nie mógł się do niej zbliżyć. Wszystkie jego nadzieje, że gdy zaśnie będzie mógł poczuć się jak normalny, legły w gruzach. Wrażenie, że teraz jest od swojego marzenia dalej niż kiedykolwiek nie dawało mu spokoju.
- Coś taki zamyślony?
- Eee?… – spojrzał na nią jeszcze raz. Jeszcze raz zobaczył w niej swój sen, to jednak było za wiele, odwrócił szybko wzrok i utkwił go w rękawiczkach.
- Dobra zostawiam cię samego. Jak będziesz czegoś chciał to jestem przed domem.
- Jasne. – po tym jak odprowadził ją wzrokiem znowu się położył. Myśli nie przestawały bombardować jego głowy.
Co teraz? Odejść? Zostać? Czemu miałbym zostawać? Dla niej? Nie znam jej… Ona nie zna mnie… Ale chciałbym żeby poznała. Żeby wiedziała że nie jestem tylko chłopcem od brudnej roboty…. Co ja w ogóle myślę?! Przecież mnie z nią nic nie łączy. Ale to dziwne uczucie… Pierdolić to wszystko! Czemu nie mogę się tego pozbyć. Nie mogę wyrzucić z siebie, zapomnieć tamtego obrazu… Tak bym chciał nie myśleć, nie zastanawiać się…
Leżał w bezruchu, jego twarz jak zwykle wyrażała zmęczenie i ogólną niechęć. Z każdą kolejną chwilą takiego trwania myśli atakowały go coraz bardziej. Postanowił, że przerwie to tu i teraz. Bez zbędnych ceregieli. Wstał, przeszedł przez dom i wyszedł na zewnątrz. Zapach ziół i przypraw z kuchni jeszcze kręcił go w nosie. Przechodzenie przez kotarę dzielącą go od świata zewnętrznego było w pewnym sensie zwieńczeniem jego kuracji. Dumny z siebie i zdeterminowany, zrobił ten zasadniczy krok. Blask czarnego słońca oblał cały świat, który miał przed sobą i oślepił go na chwilę. Długo już nie przebywał na świeżym powietrzu. Powoli wyłaniające się z jasności ciemne kształty zaczęły przypominać mu coś dobrze znanego. Wyłaniały się kępki traw, ogrodzenie, szmaty wiszące na sznurach i ludzie. Parszywi niewdzięczni ludzie. On do nich należał, wiedział o tym dokładnie. Rozejrzał się dookoła ale nim spostrzegł Imerej ona zawołała do niego.
- Hej śpiąca królewno, chodź tutaj!
Jeremi odwrócił się tylko w jej stronę. Cała była okrążona przez bandę dzieciaków. Jakoś nie zależało mu na pakowaniu się w tę gromadę. Zresztą jego cel był prosty. Odciąć się od tego wszystkiego. Jak najszybciej.
Imerej odgoniła dzieciaki i podeszła do Łowcy.
- Nie naburmuszaj się tak, opiekowanie się tobą nie było takie złe. – odwróciła się do niego plecami i wskazała na bandę dzieciaków. – Uratowałam je wszystkie, i wielu ludzi w tym mieście. – powiedziała z dumą w głosie.
Dopiero teraz Jeremi zauważył dwa kikuty wyrastające jej z pleców. Mutant? Widział już takie ale nie były tak bardzo ludzkie. Zresztą ona była bardziej ludzka niż ktokolwiek inny.
- Co to? – spytał z obojętną miną.
- A to?.. – wskazała na plecy – Pamiątka…
- Po czym?
- A od kiedy to ty taki dociekliwy?
- Od zawsze, taka praca.
- Może mi nie uwierzysz ale kiedyś miałam piękne skrzydła. Wielkie, białe i szeleszczące. Miałam kogoś strzec ale zobaczyłam kogoś innego bardziej potrzebującego mojej pomocy. Wyrwałam więc sobie pióro i podarowałam je potrzebującemu.
- Chcesz mi powiedzieć że jesteś Aniołem Stróżem, tak?
- Nikt minie dawno tak nie nazwał… Już bardzo dawno.
- Mniejsza z tym… Nie odleciałaś do nieba po tym jak zginął twój podopieczny?
- On nie zginął – powiedziała z radością w głosie. – Po prostu wyrwałam sobie za dużo piór by za nim podążać.
- I ty to mówisz z taką lekkością! – Jeremi prawie na nią wrzasnął.
- Przecież poradzi sobie, a ci ludzie są bardziej potrzebujący… – powiedziała naburmuszona.
Myśl o tym, że przez takie anioły, ktoś mógł cierpieć jak on sprawiła, że coś pękło w Jeremiaszu. Zamachnął się i uderzył Imerej w policzek. Ta spojrzała się na niego z wyrzutem.
- Jesteś nieodpowiedzialną suką! – mówiąc te słowa uświadomił sobie, że mówi do anioła. Do stworzenia kreowanego samą ręką Pana. Jak taka istota może być nieodpowiedzialna?
Jednak czasu na zastanawianie się nie było dużo, twarz dziewczyny momentalnie zrobiła się różowa a z kącików  oczu zaczęły płynąć łzy. Upadła na kolana i zaczęła głośno płakać. Po chwili jednak wstała i uderzyła go w twarz zostawiając cztery krwawiące ślady po paznokciach.
- Palant!.. Niewdzięczny debil! – odwróciła się i poszła w stronę domu, po chwili przystanęła i spojrzała na swoją dłoń. Końcówki jej palców były zakrwawione. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała przerażona na Łowcę. Ten oniemiały rozsmarował sobie krew na policzku i wyciągnął przed siebie zakrwawioną dłoń żeby lepiej się jej przyjrzeć.
    Pierwsze wiosenne krople spadając majestatycznie z nieba powoli zmieszały się z krwią i tworząc czerwone ścieżki podobne do pulsujących żył na ręce Jeremiego spadły na ziemię. Niebo zaszło czarnymi jak słońce chmurami i w parę chwil zrobiło się ciemno. Natura jakby czując, że jej dzieci wydały na siebie wyrok zapłakała nad nimi. Pierwsze grzmoty rozbrzmiewające w powietrzu zagłuszyły krzyk rozpaczy obojga straceńców.
    W pokoju panował półmrok, jedynie samotna świeczka ustawiona na środku stołu próbowała walczyć z ciemnościami. Naprzeciwko siebie siedzieli Łowca i Anioł Stróż. Oboje przygnębieni i obciążeni świadomością wyroku. Wyroku śmierci.
- Jak… Jak mogłaś? – spytał z wyrzutem mężczyzna.
- Przecież… – kobieta nadal była zapłakana, szlochając wypowiadała słowa sylaba po sylabie, każda kropla płynąca z jej oczu zdawała się pogłębiać wyraz rozpaczy na jej twarzy. Złote loki straciły swój blask a sylwetka zmarniała. Z pięknego anioła przeobraziła się we włóczęgę jakich wielu w tym świecie. – Przecież ja nie chciałam…
- Ale zrobiłaś… – gniew narastał w Jeremiaszu z każdym kolejnym słowem. Jak ona śmiała mnie dotknąć. Przecież wiedziała… Przecież ona wiedziała…
Każde wspomnienie o nadchodzącej śmierci wywoływało zimne dreszcze. Wiele razy stawał w jej obliczu ale nigdy nie był jej pewien jak dziś. Miał jeszcze tylko trzy dni. Zwykle wiedział co ma zrobić ze swoim życiem, teraz gdy miał świadomość ile mu pozostało, jak mało czasu mu pozostało, stracił sens. Chciał zrobić tyle rzeczy ale trzy dni nie wystarczyły na żadną z nich. Spojrzał na Imerej i zrobiło mu się jej żal. Taka piękna, taka młoda a musi umrzeć. Umrzeć wraz z nim. Wstał, okrążył miarowym krokiem stół i przystanął przy niej. Przez chwilę jeszcze bił się z myślami po czym objął ją i przytulił do siebie.
Anielica przestała płakać, nie wiedział czy to z zaskoczenia jakie wywołał ten gest, czy z powodu złości jaka w niej nabrzmiewała. Teraz go już to nie obchodziło, otumaniony jej zapachem i miękkością jej ciała chciał tak stać aż do swojej śmierci. Chciał już na zawsze mieć twarz zatopioną w złocistych lokach a dłonie wplecione w fałdy jej ubrania. Przez chwilę jeszcze nie ruszali się, w końcu dziewczyna odepchnęła Łowcę i poszła do swojego pokoju. Mężczyzna usiadł przy stole i ukrył swoją twarz w dłoniach.
Boże czemu?!.. Czemu gdy stoję nad przepaścią pokazujesz mi to z czego zrezygnowałem?.. Czemu sprawiasz, że coraz bardziej kocham życie. Przecież wiesz że umrę, czy musisz mnie jeszcze na koniec dobić, zniszczyć wszystko w co wierzyłem?!.. A może to dar… może chcesz mi pokazać że jeszcze o mnie nie zapomniałeś. Że przynajmniej przez te ostatnie chwile mogę być szczęśliwy… ODPOWIEDZ MI!!
Jeremiasz usnął przy stole, siedząc z twarzą ukrytą w dłoniach. Dłoniach, które usilnie blokowały wszystkie łzy których nie zdążył wypłakać.
Obudziwszy się wraz z czarnym słońcem, Jeremi przeciągnął się i wstał. Przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy natury. W wrzaski przebudzonych dzieci, w śpiew ptaków, w szum kotar poruszanych wiatrem. Rozejrzał się po pokoju, wszystko było normalne, żaden garnek czy miska nie mówiły o tym, w jak beznadziejnej sytuacji znalazła się ich właścicielka. Łowca przeszedł się po całym domu ale nigdzie nie znalazł Imerej. Wyszedł na zewnątrz i udał się w stronę klifu który zobaczył poprzedniego dnia. Jeśli już ma zginąć, nie będzie tego robił przy innych. Zawsze żył sam, sam też umrze. Gdy tylko zbliżył się do klifu spostrzegł stojącą na jego krawędzi postać. Wiedział że to ona, któż inny mógłby się targać na woje życie w taki dzień. Podszedł do niej i stanął podobnie jak ona na samym skraju skały.
- Wysoko tu? – spytał raczej tylko po to by w jakiś sposób zacząć tę ostatnią rozmowę
- Wystarczająco by się już nigdy nie obudzić. – jej głos był bezbarwny, pozbawiony wszelkich emocji.
- To jak? Skaczemy?
- Wole poczekać na zachód słońca.
- Może i masz rację, ładniej będzie to wyglądać. – Jeremi usiadł i machając nogami w powietrzu począł gwizdać piosenkę, którą kiedyś zasłyszał w barze. Anielica chwilę później położyła się obok niego i zaczęła się wpatrywać w niebo. Po kilku godzinach czarne słońce zaczęło stykać się z taflą wody.
- Wiesz… – zaczął Łowca. – nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty.
- Czemu mi to mówisz?
- W sumie to nie wiem, teraz już mi nie zależy na tym co o mnie myślisz. Mogę mówić śmieszne rzeczy. Mogę mówić o tym, o czym nigdy nie mówiłem.
- Myślisz że wyznawanie miłości w takiej chwili nikogo nie skrzywdzi?
- Myślę że nie…
- Grubo się mylisz! – dziewczyna poderwała się na klęczki i zrobiła groźną minę. – Wszystko co mówisz ma swoje konsekwencje, nie możesz rzucać tu i tam „kocham cię”, bo wiesz, że już umrzesz! – w jej oczach zbierały się łzy.
- Spokojnie… – Jeremi na chwilę wstrzymał głos aby lepiej przemyśleć to co powiedziała mu jego towarzyszka niedoli. – przecież nic jeszcze nie powiedziałem. Zresztą co by to zmieniło?
- Dużo… – powiedziała naburmuszona.
Jeremiasz odwrócił się w jej stronę i spojrzał w zapłakane oczy. Zbliżył się do niej i szepnął:
- Kocham cię… – jak tylko skończył wypowiadać ostatnie sylaby, pocałował ją.
Dziewczyna szarpnęła się do tyłu.
- Czemu to zrobiłeś?! – spytała załamującym się głosem.
- Dlaczego nie… Przecież powiedziałaś że to dużo zmieni.
- Nie miałam… Nieważne… – powiedziała odwracając swoją głowę w stronę słońca które już prawie w całości schowało się w oceanie. – Przegapiliśmy zachód.
- Jutro będzie następny… i po jutrze jeszcze jeden…
- Co to miało znaczyć? – zapytała z nieskrywaną w głosie irytacją.
- Nie wiem, ty mi powiedz.
Imerej wstała i poszła do domu, Łowca tylko odprowadził ją wzrokiem. Przez chwilę wydawało mu się, że jeszcze ją słyszy, potem nastała cisza, miarowo przerywana przez dźwięk fal bijących o klif. Leżał tak jeszcze chwilę po czym wstał. Patrząc na księżyc uśmiechnął się do siebie i poszedł do domu.
    Następnego dnia wstał i zaczął sprzątać jakby był u siebie. Koło południa wróciła właścicielka domu.
- Co robisz?!
- Sprzątam, nie widać…
- Ale przecież…
- Na stole stoją kwiaty dla ciebie. Ładne?
- CO TY WYPraw i  a   s    z….
- Żyje… Jeszcze przez chwilę.
- Przecież nie obudzimy się jutro, po co to robisz?! – Dziewczyna znowu zaczęła płakać.
- Spokojnie… – Jeremi podszedł do niej i objął ją. – Dopóki żyje chce wreszcie zrobić to normalnie.
- Ale po co wszystko, te kwiaty dla mnie, przecież ja nie… – łzy zdławiły kolejne słowa.
- Nie chcesz żyć?…
- Nie o….
- To żyj, masz jeszcze chwile to ją wykorzystaj. – Imerej wyrwała się z uścisku i uderzyła Łowce.
- Co ty bredzisz?! Dziś nie obudzimy się, a ty tak spokojnie do tego podchodzisz. Czy ty nie boisz się śmierci?! – znowu uderzyła w płacz.
- Jeśli spotkam cię po drugiej stronie, nic nie jest dla mnie straszne.
- Wariat!
- Poprawka, zakochany wariat.
- Zamknij się! Nie jesteś… nie możesz… – powoli osunęła się na kolana i skryła zapłakaną twarz w dłoniach.
- Choć… – Jeremi delikatnie, jak nigdy dotąd, postawił na nogi dziewczynę i wyszedł z nią za dom. – Patrz… – wskazał jej zachodzące czarne słońce.
Gdy byli już na skraju klifu, Łowca zawahał się. Usiadł na ziemi i poprosił Anielice o to samo.
- Teraz możemy się w spokoju napawać ostatnim zachodem słońca w naszym życiu.
- Ale ja nie chce um….. – Imerej rozpłakała się i przytuliła do współtowarzysza.
- Nie martw się. Po drugiej stronie też się spotkamy… – dziewczyna pociągnęła kilka razy nosem.
- A może nie… – powiedziała z przekąsem.
- Może nie… – Jeremi uśmiechnął się…
Czarne słońce nie zwracało uwagi na coś tak nieistotnego w świecie, jak dwoje ludzi leżących na klifie. Spokojnie opadło poza linie horyzontu i ustąpiło miejsca swojemu młodszemu bratu Księżycowi który wraz ze swoimi córkami gwiazdami rozświetlił niebo.
Zasnąć w objęciach kobiety, piękne marzenie Jeremiego spełniło się. Nawet więcej, tą kobietą był najprawdziwszy Anioł. Anioł Stróż, który nie był jego, czuwał nad nim gdy umierał i gdy wyzdrowiał. Teraz już śmierć nie była mu tak straszna. Nawet się nad nią nie zastanawiał, jeśli musiała przyjść to niech zrobi to we śnie.
    Ciepło na twarzy nie było czymś nowym dla Jeremiego. Czy jestem już za… Nie chciał otwierać oczu wystarczało mu uczucie, że Imerej jest przy nim. Nie chciał jej zbudzić, więc leżał nieruchomo. Gdy pierwsze odgłosy przyrody doszły do jego uszu gwałtownie podniósł głowę i rozejrzał się. Nadal byli na klifie. Ona leżała obok niego, fale miarowo uderzały o wybrzeże a ptaki wykłócały się o kawałek ziarna. Żyli… Łowca delikatnie obudził Anielicę i zanim spostrzegła co się stało postawił ją na nogi.
- Widzisz to co ja? – spytał z niedowierzaniem.
- Nie wiem… – odgarnęła włosy i przetarła oczy, po czym rozejrzała się dookoła. – Co to ma znaczyć?…
- Bóg dał nam chyba jeszcze jedną szansę… – Łowca przytulił się do Imerej i pocałował ją, tym razem zdawało mu się, że nie miała nic przeciwko…
KoNiEc

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Różne

 

Ha, ha!

23 maj

To jet pierwszy wpis do tej jaskimi mojej twórczości. Myślę że będzie się wam tu podobało. A i pozdrowienia dla niewiasty która mnie do tego namówiła.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 
 

  • RSS