RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2009

ustrojstwo nie działa

28 cze

Budząc uderzyłem się w stopę, a to wszystko przez tę głupią sofę. Ból w połączeniu z porannym otępieniem był nie do zniesienia więc zamknąłem oczy.  Nie ustawał, więc zacisnąłem je na tyle, że nagle świat rozbłysł mi kalejdoskopem barw i kształtów. To przyjemne obserwować te łuki, okręgi i  kwadraty co chwila zmieniające swój kolor, wygląd i rozmiar, powiedziałbym nawet że w pewnym stopniu kojące. Ale ile można patrzeć na omamy wzrokowe, otworzyłem oczy. Na szczęście świat nadal był na swoim miejscu. To by było smutne gdybym otworzył oczy a świata już by nie było. Ominąć armagedon, niewybaczalne. Zaczął dzwonić budzik. Odwróciłem głowę w jego stronę, czemu wstałem tak wcześnie? Nie mogąc znaleźć racjonalnego wytłumaczenia dla tego fenomenu wyłączyłem drania i otuliłem się ciaśniej kołdrą. Wstać czy nie wstać oto jest pytanie. Ja odpowiadam na nie krótko i zwięźle, jedno wyrazowo. Przekręciłem się na bok. Telefon, ki diabeł?!
Odbieram i po pierwszych słowach prawie wykrzyczanych do słuchawki wiem że to moja rodzicielka. Czemu te rozmowy muszą się tak dłużyć, czemu zawsze się muszę bronić przed oskarżeniami, przed kolejnym zaostrzeniem konfliktu. Rozmowa dwojga upartych ludzi.
Skończyłem, skończyłem?, skończyłem!… Nie…. ja niczego nie mogę skończyć.
-A widziałeś ten numer?- Wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu z kapturem był w moim pokoju a ja go nie zauważyłem?! Nie, zaraz on jest tutaj od zawsze.
-Nie, ale mi go nie pokazuj.- świecące ślepia przebijały się przez skrzętnie uformowany cień przysłaniający twarz jegomościa.
-Zawsze to samo, nie umiesz się bawić.- Znajomy przygarbił się i podrapał po plecach, po chwili milczenia beknął i przysiadł na oparciu.-To jak dziś też chcesz zawojować świat? Przecież to niedorzeczne. Pamiętaj że jesteś niczym w porównaniu do kogokolwiek.
-Zamknij się, nie mam na to czasu.
-Spokojnie, znajdziesz na to czas.
Wstałem i ubrałem się, w jego towarzystwie sen nie jest zdrowy. Wyszedłem z pokoju i korytarzem udałem się do kuchni. Nie jadam śniadań, zwykle otwieram lodówkę, stwierdzam że nie ma nic na co mam ochotę i wracam do siebie.
-Cóż to znowu nie masz psa, chomika, papużki?
-A ty czemu masz tak krótkie nóżki?
-Nic nie wiesz…- siedział na moim krześle, ani wysoki, ani niski, ubrany zwyczajnie a jednak dziwacznie. Miał mój uśmiech ale nie moją twarz. Czemu to tu jest? Czyżbym nie zamknął okna na noc.
-Jak się spało, WYPOCZYWAŁO, nockę zarywało.
-A dziękuje nie zgorzej…. Co cię tu sprowadza?
-Tak wpadłem w odwiedziny, przy okazji nie widziałeś żarówki? Mam do niego sprawę.
-Jaką sprawę?
-A jesteś! Mógłbyś się na chwile nie wyświetlać, męczysz mi obwody.
-Ej, ja tu jestem.
-Nie zaznaczaj swojej obecności, nikt i tak cię nie słucha.
-Ale…
-Morda psie!
-Nie bądź dla niego taki ostry, przecież nie chcemy powtórki z rozrywki.
-On dobrze wie że takiej powtórki nie będzie, nie jest na tyle odważny… No i „obiecał”. Buahahahaha…
Wyszedłem, nie chciałem słuchać tych idiotów. Przechodząc przez drzwi nie patrzyłem gdzie idę, byłem taki pewny że pokoje zawsze są na swoim miejscu. Za progiem jednak pokój nie był taki do jakiego chciałem trafić. Było w nim pełno ludzi, znajomych, przyjaciół i takich których widziałem tylko przez ułamki sekund. Wszyscy się do mnie uśmiechali. To było całkiem przyjemne.
-Ej co wy robicie! Nie widzicie jego brzydoty? Jest debilem a inteligencja na poziomie orzecha laskowego to w jego przypadku komplement.
-I tak oto z bożyszcza stał się miernotą.
Dlaczego oni się odwracają? Zostawiają mnie samego z tymi dwoma? Ja nie chce! Puściłem się biegiem za tłumem. Coś mnie jednak zatrzymało.
-Ej no co ty. Będziesz za nimi biegł? Jak pies za panem? Zostaw ich, poradzisz sobie sam. Sam, zrozumiano?!
-I tak samemu pozostał stadny ptaszek.
-Ale… ale ja nie lubię być sam.
-Pierdolisz od rzeczy, ty uwielbiasz być sam, nikogo nie szanować, wszystkimi pogardzać.
-Ja chce zostać sam.
-Jaki sam, przecież masz nas.
-SAM!
-Koniec płaczu, nie wolno ci łzy już uronić ni razu.
Przeszedłem przez pusty pokój, teraz taki pusty i szary. W około nie było nikogo, po podłodze walały się śmieci. Nie mogłem wytrzymać i wyszedłem. Trafiłem jak zwykle do tego pokoju którego nie chce otwierać. Pełnego kwiatów w różnych kolorach, pod kloszami rosły wielkie i piękne, te w doniczkach mniejsze ale też niczego sobie. Pod stołami zaś wiły się chwasty i ciernie. Odkryłem pierwszy z brzegu klosz, niezaprzeczalnie piękna woń uderzyła mi do nozdrzy. Jaki to piękny kwiat, kolor lekko żółty, taki prawie szary. Sięgnąłem ręką i niechcący przetrąciłem  łodyżkę a kwiat okazał się mieć coś z róży i nierozważnie skaleczyłem się boleśnie. Jak zwykle, zresztą. Odsłoniłem inny, taki ciemny prawie kruczoczarny. No cóż zwiądł, widocznie nie mógł znieść mojej obecności. Zdenerwowałem się bardzo i przesadziłem trochę chwastów na stoły, te szybko uporały się z co piękniejszymi kwiatami.
-I jak, już rozumiesz jak należy postępować?
-Jak sadzić by życia nie marnować?
-Zamknijcie się, to były….
-Masz całkowitą racje „były”, zresztą po co się przejmujesz, tu nigdy nic ciekawego nie wyrośnie, jedyne co to chwasty posadź trochę bardziej estetycznie, może się ktoś nabierze.
-Ale ja nie chce.
-Głupi jesteś.
-Ale ja nie chce, tu mają rosnąć kwiaty!
-Jak ten świat w dziwy bogaty
-Nie jesteś godzien kwiatów, zresztą i tak byś się nie umiał nimi zająć.
-Może masz rację…
Przebywanie tam zaczęło być męczące więc wyszedłem. Przechodząc przez drzwi uderzyła mnie światłość. Wielkie świece buchające ogniem oślepiały wszystkich próbujących zawiesić na nich wzrok. Na ich powierzchni widniały napisy, gęsto ułożone, w nieodczytanym języku.
-Chodźmy stąd, ten pokój dawno powinienem spalić
-Nie, mnie się tu podoba.
-CHOROBA, CHOROBA!
-Idziemy stąd, jeszcze coś dopiszesz i będziesz żałować.
-Nie żałuje niczego co tu zapisałem.
-Ale to cię ogranicza.
-Samemu się ograniczając stałem się bardziej świadomy i rozległy.
-Pieprzysz!
Wyszedłem. Trafiłem znów do swojego pokoju, książki i kartki były porozwalane po podłodze, przyklejone do ścian i sufitu. Z szuflady prawie wylewały się kable a w rogu popiskiwał komputer.
Cały czas pracował na najwyższych obrotach.
-Czy on się nie popsuje?
-Chyba żartujesz, przecież to najnowsza technologia, jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, najszybszy.
-Nie przesadzasz?
-Oczywiście że nie. Czasami ma problem z siecią ale to wina natury i kiepskiego zasilania.
-Acha.
Szum mnie dobijał więc poszedłem stamtąd. Ciemna klitka będąca ubikacją to kolejny przystanek.
-No i jak ci się tu podoba?
-Podoba?! Przecież to kibel jest.
-No nie udawaj że tu nie przychodzisz.
-Przychodzę bo muszę, wiesz taki odruch.
-Na pewno?
-Jesteś obleśny.
-Ograniczony rozwój terenów leśnych
Odwróciłem się i pobiegłem po płaszcz i klucze. Stanąłem przed drzwiami.
-Ty naprawdę chcesz wyjść?
-A co w tym złego?
-Tam przecież nie będziesz miał nas. Kto cię obroni.
-Przecież nie potrzebuje ochrony.
-Pewien jesteś, tam tylko czyhają na ciebie, okradną cie pobiją albo jeszcze gorzej.
-Jesteś przewrażliwiony.
-Ja się tylko o ciebie lękam, przecież ty taki słaby a tam tyle obcych pokoi. Kto wie? Może utkniesz w jakimś, złamiesz gdzieś nogę.
-Ale…
-Co ty wiesz o tam, przecież nigdy nie byłeś tam, pamiętaj że liczy się dla nas tylko tu.
-Ale ja lubię wychodzić, jak mam sprzątać w innych miejscach.
-Przecież zawsze robisz to przez próg, po co to zmieniać?
-Bo tam są inni.
-Stań na progu to ich zobaczysz a nadal będziesz bezpieczny.
-Morze masz rację.
-Mam i się ze mną nie kłuć.
Stanąłem więc na progu, przewiązałem liną alby nie wypaść niepostrzeżenie. Widzę stąd wszystko, a że niczego dotknąć nie mogę trudno, jakoś to przeboleje, oni mi przecież pomogą. Pomogą?….

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Różne

 

nieopowiadacz

21 cze

Zanik myśli szczerze pozytywnych
To wynik życia skoków zrywnych
….
Już mi się nie chce myśleć mówić pisać
nie chce samotnych dni odliczać
wezmę żyletkę nową
uczynię szarą podłogę kolorową
będę czół i patrzył jak me życie ucieka
jak powoli się sączy jak bezczelnie zwleka
i w końcu porządnie zasnę
wyśpię się wreszcie to jasne
a najlepsze w tym wszystkim że  myśleć nie będę musiał
a najlepsze w tym wszystkim że nie będę czół się istotny
Najlepsze że w śmierci nie będę samotny
kiedy w końcu znajdę się po tamtej stronie
w wiecznej tułaczki wagonie
spojrzę na boki przed siebie i za
zobaczę nic nic co ciągle trwa
i znowu będę w sobie sam
i znowu będę myślał to tu to tam
znowu będę próbował coś zmienić
niestety nikt nie zdążył mi nadmienić
że jako jednostka nic dla nikogo nie znaczę
a zrobiłem coś czego sam sobie nie wybaczę

Istota ducha ulotna
Marność ciała bezpowrotna
Iść przez życie bez pomocy
Tego nie życzę z całej mocy
Nawet najgorszemu z grzesznych
Ani świętemu wiar śmiesznych
Nie życzę też rozległej świadomości
Oraz wielu niepotrzebnych wiadomości
Nie życzę logiki myślenia
Empatii i umiejętności tworzenia
Sumienia ani wiary też nie polecam
Raczej egoizm zalecam
I najważniejsze to nie być sobą
Udawać i stać się dla innych kochaną osobą

Jeśli kiedyś ciebie spotkam
Jeśli kiedyś stanę z tobą oko w oko
A ciało będzie uciekać wysoko
Wtedy krzyknę z całej płuc mocy
Ratuj się kto może pomocy
Bo nie chce cię skrzywdzić ni skaleczyć
Nie chce byś po mnie rany musiała leczyć
I wiem że tak będzie dla nas najlepiej
Abym z dala się trzymał w odległości dalekiej
W końcu kogoś milszego znajdziesz
I szczęśliwie w me progi nie zajdziesz
Też nie waż się nade mną wylewać żale
Ja jestem po to by nie spotkać mnie wcale

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Liryka, Różne

 

21 cze

Tam gdzie się zrodził czas
Rośnie dziwnych drzew cały las
Na każdym pniu inicjały wyryte
Lekkim mchem już pokryte
Każda brzoza, wiśnia, dąb stary
Liści nie ma jedynie suche konary
A te sięgają wysoko pod sam księżyc i słońce
Rozwijając w ich stronę ciągle żywe końce
I wiją się drzewa w górę, w dół i na boki
Tworząc Boskie kształty ni to owce ni smoki
Lecz w końcu obumierają
I nowych pędów nie wydają
A tu nie ma leśniczego, mają jedynie drwala
Ten sobie tylko znaną metodą drzewa powala
One nie gniją a w pył się rozwiewają
W który młodsze drzewa się otulają

szpatan – połączenie słów szpan i szatan, idealne dla określenia czegoś co się może podobać metalom(gitara, kawałek muzyczny, laska)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Liryka, Różne

 

Nieświadomość założeń życia

18 cze

Zabawne granic odchylenie
Od norm odwrócenie
Sponiewieranie wartości
Połamanie reguł kości
Pląsanie na granicy dobrego smaku
Czczenie obraźliwego znaku
I słuchanie muzyki bezczelnej
To jest załamanie myśli prawa naczelnej
To obraza majestatu
Wyrok: śmierć co ma przynieść wytchnienie światu

Kablami opleciony świat
Łączy każdego z nas
Raz przez aparat telefoniczny
Teraz przez korytarz domen licznych
Wędrujemy po światach wirtualnych
Bez marzeń i ciał naturalnych
Dotykiem klawiatur zbliżamy się nierealnie
Choć naszych uczuć opisy niebanalne
To ludzkimi skorupami usiany jest świat
A wyznania na ekranach tak oryginalne
Miłości i nienawiści zapisy dwójkowe
W twardej pamięci skatalogowane mierzalnie
I nic się nie gubi nic nie wybacza porażki
Bo po co
Przecież wszyscy kiedyś zgnijemy
A zostaną po nas tylko komentarze i obrazki

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Liryka, Różne

 

Deliryczne podrygi

13 cze

Dziwka w czerwieni
Kręci się słodko
Wokół chuja w zieleni
Mierzwi mu oko
Zaglądał jej w dekolt
Widocznie za głęboko
On wcale jej nie dłużny
Zaciąga ją do kibla
Zrywa stanika sidła
Bo czas mu się dłużył
I tak się poznali
Wyjątkowo romantycznie
Para zakochanych
W płynnej truciźnie

I choć byś chciał
Nigdy nie widzieć
Ludzkich martwych ciał
To nigdy nie wiesz
Gdy cię to spotka
W końcu wyroki Boskie
To dla nas straszna ciekawostka
Gdybyś nie wierzył
I objawienia nie doznał
A do kościoła iść chciał
To nigdy nie wiesz
Gdy cię to spotka
W końcu wyroki Boskie
To dla nas straszna ciekawostka
Jeśli puszczasz się każdemu
I przed zajściem się wzdrygasz
A ukochanemu potomka nie dasz
To nigdy nie wiesz
Gdy cię to spotka
W końcu wyroki Boskie
To dla nas straszna ciekawostka
Idąc ulicą kurwami rzucasz
W szpitalu na klozecie kucasz
I słyszysz że umrzesz pojutrze
To nigdy nie wiesz
Gdy cię to spotka
W końcu wyroki Boskie
To dla nas straszna ciekawostka

Widzisz jak kwiat więdnie
Widowisko przednie
Wszyscy radośni
Wszyscy weseli
Nikt nie pomyśli
By kwiatu pomocy udzielić

Płynie wódeczka korytkiem gardełka
Szumi potoczek i w oczkach mroczek
Jeszcze chwileczka i to nie będzie wódeczka
Zacznie się winko, piwko i zagraniczny trunek
W końcu rybce trza wlać płyn na ratunek
I jest zabawnie, rymowanie i dosadnie
Od szkła i butelek uginają się stoły
Cholera co ja gadam za pierdoły
Przystopuje i doleje sok pomidorowy
Zaraz myśli mi się ułożą
w sposób dla większości prawidłowy

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Liryka, Różne

 

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

03 cze







Bynajmniej to nie jest losowa kolejność…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

Bloody Blue Blues

02 cze

Wychodzę wieczorami
Napić się soku z moimi kumplami
Przy marchewkowym potoku
Dyskutujemy o życia mroku
Albo o starych zdarzeniach
Bez znaczenia przy obecnych cenach
Mówimy sobie jak zbieraliśmy znaczki
O filmach gdy podnosimy sok z tacki
I o muzyce co powoli z głośników płynie
Ale tak szeptem
Gdy sok już się w trzewiach rozpłynie
Mówimy o kobietach, o winie
Tych w butelkach i kartonach
Z bukietem i w koronach
A że najlepsze są te na półce
Ze smukłą szyjką a nie w puszce
Z koreczkiem wykwintnym
Etykietką przykrytą pyłkiem zwiewnym
O nich najczęściej marzą nasze podniebienia
Im oddajemy dusze sumienia
Te butelki i karafki
Namawiają do zmiany marki
By zostawić stare dobre smaki
Dla niby lepszej butelki, szmatki
Ale na szczęście dla naszej matki
I tak zawsze wracamy
Do sprawdzonej butelki
Do starej szyjki, korka, etykietki
I doceniamy teraz bardziej
Bukiet, kunszt tej pierwszej otwartej

Czuje się nieswojo
I wszystko mnie boli
Zbieram swe siły
Na podniesienie nogi
A gdy się odwracam
Widzę twoje oczy
Choć cię nie pamiętam
Coś się stało tej  nocy
Z przerażeniem stwierdzam
Że żeś brzydka maszkara
A ja nagi
I na wierzchu ma fujara
Szybko więc się zakrywam
Lecz od ciebie wzroku
Wcale nie odrywam
Co mi się stało
Jaka kara na mnie przyszła
Spoglądam raz drugi
Przynajmniej nie tłusta
No i nie stara, zaschła
Ma spoko nogi
Z twarzy też nie brzydka
A ta jej odkryta łydka
Włosów potoki
Piękne długie loki
Kładę się więc z powrotem
Pociągam nosem
Odurzam się jej potem
Obejmuję ramieniem
Całuje zawczasu
I mówię do siebie
Choć na kacu
To czuje się jak w niebie

Nie opuszczaj mnie
Nie wierze w to że postąpiłem źle
Proszę, błagam nie opuszczaj mnie
Z tobą jest mi tu dobrze
Jak nigdy na świecie nie było
Ciebie tylko kocham
Ciebie czekam
Poezyjo
Proszę nie opuszczaj mnie
Nie daj się zwieść
Ten brudny kołnierzyk to nie grzech
Ja ci to wytłumaczę
Tylko nie opuszczaj mnie
Proszę błagam cię
Ja rozumiem, nie chcesz mnie znać
Ale wysłuchaj mnie
Ten jeden ostatni raz
Nie karz mi przed drzwiami stać
Wpuść mnie do środka
Zaraz ci wytłumaczę jaka to życiowa wywrotka
Tylko cię proszę nie opuszczaj mnie
Bo bez ciebie
Nikt nie zechce już mnie znać…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Epika, Różne

 

Mentol wprost do mózgu

01 cze

O! motyl wzlatuje
Ja podziw przejawiam
po czym na ścianie go rozgniatam
którą pomiędzy sobą a nimi buduje
Jesteś dupkiem winszuje
Kiedyś kopałem dołki
I wpadały w nie małe pierdołki
Lecz doły się szybko wypełniały
I w mosty do mnie zamieniały
To dlatego teraz buduje ściany
Mój umysł jak ego rozbuchany
I bezpieczny się czuje za murem chińskim
Bo rozum to przecież nie instynkt

Jak rad patrzeć mi w przyszłość
Jak rad jestem o sobie opowiadać
Czasem prawdę powiem
Innym razem muszę skłamać
Ale zawsze staram się innych chronić
Żeby przeze mnie łzy nie musieli ronić
I to mi wychodzi wielce udanie
Szkoda tylko że nazywają mnie draniem
Jednak cóż począć
Jeśli chce się być fair dla wszystkich
Współczucie dla siebie trzeba
Trzymać w poziomach niskich

Nocny poeta dzienna pokraka
Rozum maszyny dusza ptaka
Serce umarłe i pod kluczem
By nie budzić niepotrzebnych wzruszeń
Pomaga, zabija, broni, dobija
Nic czuć nie chce
bo zrozumie jeszcze
Że jest przegrany wielce
W walce o swoje serce

Pomoc sobie w instrukcji których mrowie
Pierwszy punkt nie dopomaga
Drugi zawsze zawód sprawia
Trzeci jest nierealny
Czwarty zbyt banalny
Piątego nie idzie zrozumieć wcale
Szósty może jakoś odwale
Siódmy pomaga ale co z tego
Ósmy wymaga zapomnienia Jego
Dziewiąty to stek bzdur
Dziesiąty to koniec mój

Jeśli idzie o moje czyny to jestem mięsem z padliny
Jeśli idzie o moje wartości dorzućmy do tego worek kości
Odnośnie moich przekonań możemy dołożyć stawy kolan
Rozpatrując mą wiarę oplotę to jeszcze żył szalem
A jeśli kto pyta o uczucia przykleję do tego mózg na gumę do żucia
Nie mówiąc wiele o płucach, wątrobie, nerce wkładam w kupę i serce
No i wreszcie na końcu duszę oglądam w pustyni słońcu
Potem wpycham ją na siłę w tę masę przegniłe
I chrzczę ją imieniem niebanalnym:
„Bóg jest łaskaw” „Czerwony”
Lecz chyba nadal uważam że to pomysł chybiony

Myśli wrzenie zabiło marzenie
Doprowadziło do tęsknoty
Nawrót ludzkiej głupoty
Moralnego poczucia winy
Odrodzenia uczuć potoków
Rozumu wyniesienie do obłoków
To myśli wrzenie zabiło nie tylko marzenie
Zabiło i spokój
Duszy, rozumu i serca pokój
A teraz nic tylko końca wyglądać
I utrapień listy przeglądać

Jak daleko uciekać od siebie człowiek może
Jak długo biec przez równiny pustek
Nie moczyć ust w wodzie pitnej
Z zimna nie spać lub śnić koszmary
Nie walczyć lecz biec przed siebie
Uczucia pomijać łkanie zduszać
Nie rozglądać się na boki
Znosić trudy samotnej podróży
Ano człowiek długo nie może
Ale potwory to inna para kaloszy

Komputer włącz
Pocztę sprawdź
Postęp zapisz
Wydrukuj tekst
Pliki skasuj
Skopiuj
Wklej
Odbierz wiadomość
Napisz „cześć”
Odpal program
Pobaw się
Zapomnij wreszcie
że życie masz
Zapomnij o tym
że samotnie jesz
Popatrz na ekran
Zobacz kogoś „pa, cześć”

Niewinne myślenie
Wątpliwości nagromadzenie
Brak zdecydowania
Pracy zaniedbania
Sobie winy wmawiania
Poprawy marne oczekiwania
Na odmianę losu wyczekiwania
Tej jedynej poszukiwania
Sznura przy suficie zaczepiania
Siebie na nim wieszania
Nie potrzebowałem

Złość wije myśli czerń
Widzę ciebie ubraną w cierń
Krwawisz całym ciałem
Z bólu wijesz się i ranisz
Wrzeszczysz dusisz krztusisz
Mówisz jak cię boli
Mnie to nie rusza
Uwolnienie cie nie w mej woli
Lecz ty zawsze znajdziesz pomagiera
On mi ciebie ukradkiem zabiera
A gdy wyrywasz się spod mego jarzma
Zamęt i zniszczenie siejesz to sprawa jasna
A ja na ciebie ciągle poluje
Gdy mi uciekasz strach tylko czuje
Niepewność kogo jeszcze zechcesz zapoznać
Komu się oddać, za kogo skonać
Cały drżę na myśl że ktoś prócz mnie
Zranić cię może, bądź chce
Na szczęście szybko cię łapie
Spętuje w sieć co do krwi drapie
Zamykam dokładniej
Cierniem opętuje ciaśniej
I patrzę ze zrozumieniem
I z lekkim zdumieniem
Jak dochodzisz do wniosku
Że lepiej gdy siedzisz, cierpisz
I obserwujesz  strumyczek wosku
Płynący po rozumu świecy ściance
Która oświetla twą postać marną
Moje serce
Twą postać żałosną, zabawną

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Liryka, Różne

 
 

  • RSS