RSS
 

Notki z tagiem ‘opowiadanie’

przerywnik

26 gru

- Za ten bukiet to będzie czterdzieści złotych. – Głoś kwiaciarki wyrwał mnie z zadumy, zapłaciłem szybko i wyszedłem. Piękne kwiaty, uśmiech od ucha do ucha, nienaganny strój, jestem gotowy. Jeszcze tylko minuty dzielą mnie od spotkania na które wyczekuje już od tygodnia. Teraz na pewno się przełamię i powiem jej wreszcie co czuje. Tak, to będzie mój dzień! Idę alejką spokojnie, nie spiesząc się niepotrzebnie, w końcu nie chce się potargać. Za wczasu wszystko wyliczyłem skrzętnie, co do sekundy zaplanowałem przygotowania, będę równo o czasie albo ciut przed. Miejsce idealne, pora też, jak pogoda się nagle nie załamie to wszystko pójdzie po mojej myśli. Teraz tylko przećwiczyć powitanie. Może coś z zacięciem, jakoś tak zawadiacko, albo nie… romantycznie, spokojnie, obniżonym głosem. Może tak dystyngowanie, z dystansem. Zresztą jak będzie tak będzie, byle by nie zabrakło słów gdy ją już zobaczę.
Jestem! Teraz moja wielka chwila. Nic nie może się nie udać. Tylko spokojnie. Gdzie ona jest? Tu jej nie ma… tam też nie… O! Jest! Podchodzę, lekko kłaniam się na początku i wręczam kwiaty, mały buziak w policzek też nie zaszkodzi. Rumieni się, to chyba dobrze. Uśmiecham się szerzej, ale bez przesady.
- A to z jakiej okazji? – pyta się lekko podnosząc kąciki ust.
- A tak bez okazji. Doszedłem do wniosku, że ktoś taki jak ty powinien dostawać kwiaty przy każdym spotkaniu. – powąchała bukiet i uśmiechnęła się życzliwie. Na to czekałem cały tydzień, co ja mówię, cały miesiąc, wszystkie te dni które bez niej spędzam… zagalopowałem się. Idziemy alejką, oszołomiony przez poczucie spełnienia pewnie gadam głupoty. Czuję że drzewa zielenią się tylko dla niej, każdy jej krok sprawia że ścieżka się przed nami prostuje, ach jaki ten świat jest piękny, jaka ona jest piękna. Nie zauważam że jej mina się zmienia, temat rozmowy coraz trudniejszy. Coś się zaczyna psuć. Proponuje, usiądźmy. Coraz ciężej mi odpowiadać, coraz trudniej trzymać jakiś dystans do twardej rzeczywistości i radość rozmowy.
- Wiesz, że mi na tobie zależy. – wypaliłem, ona lekko się wzdrygła, zdziwiona na twarzy.
- Co chciałeś przez to powiedzieć? – zaschło mi w gardle, to nie było tak proste jak się wydawało.
- Że mi zależy na tobie. Że, …
- Przestań, żartujesz sobie ze mnie prawda? -przerwała mi w pół słowa
- Nie, mi, znaczy ja… – chwila, myślę jak to ująć by było idealnie, lecz cisza boleć zaczynała.
- Proszę cię przestań. Nie, to nie jest… Proszę cie przestań. – przerażona odsunęła się, zasłoniła kwiatami i torbą jakby chciała odgrodzić się od całej części świata w której ja jestem.
- Ale… – chciałem zacząć, „kocham cię” jakoś łagodnie ująć, lecz cóż począć. Teraz twarz jej poczerwieniała, pierwsze łzy pociekły po policzkach.
- Przepraszam ale ja nie mogę… nie chcę. – wstała, zabrała swoją torbę, ale kwiatów zapomniała, nie chciała. Szybko się oddaliła. Nie wiem czemu za nią nie pobiegłem. Coś mnie trzymało, może jakiś diabeł straszny co się w moim zdezorientowaniu zagnieździł. Cóż to było, jak tak się mogło stać?! Wszystko się posypało. Siedzę sam na ławce, wokoło szumi wiatr i odgłosy bliżej nieznane. Co ja tu robie? Gdzie jestem i co się ze mną dzieje? Wstaję, biegnę w stronę w którą ona się udała, może ją jeszcze dogonię, przeproszę, przytulę. Szukam, lecz nie znajduję. Idę sam alejką, nadal nie wiem co się stało, jak się to wszystko tak mogło potoczyć. Zadręczam się słowami które wypowiedziałem, każde ze wszech stron wysłuchuje. Może jakiś fałsz się do nich wkradł. Coś źle zaintonowałem i jakoś tak wyszło. Po chwili jednak sięgam po komórkę, złość. Coś wysłałem, lecz co? Wszystko jedno… ciskam nią o ziemię, w drobny mak jak ja się rozsypuje. Idę przed siebie. Byle by dalej od tych miejsc. Co się stało?! Dlaczego?! Co źle zrobiłem?! Stoję przed torami. Nie czekam na pociąg. Co ja bym dał by czas cofnąć… by móc powtórzyć te sceny… mądrzejszy ubrać to wszystko w inne, lepsze słowa. W czyny!.. A teraz co, nic tylko pustka. Zimno, lód w środku. Brak jakiejś siły co by życie napędzała… widzę pociąg. Proszą stanąć za żółtą linią. Robię krok w tył. Stukot robi się coraz głośniejszy, wtem światło ciemność przede mną rozdziera. Robię skok w przód…
- Za ten bukiet to będzie czterdzieści złotych. – Głoś kwiaciarki wyrwał mnie z zadumy, zapłaciłem szybko i wyszedłem. Gdzie ja jestem? A tak! Mam spotkanie. Poprawiam się w oknie, sprawdzam czas. Wszystko w porządku. Idę niepośpiesznie, układam scenariusz rozmowy. Coś mi mówi, coś pamiętam, wiem jak nie chce by się to potoczyło. Jestem wcześniej, siadam na ławce i sprawdzam jeszcze raz wszystkie teksty i odpowiedzi. Teraz już na pewno dopiąłem ostatni guzik. Widzę ją, zrywam się i podchodzę raźnym krokiem. Z nieskrywaną radością wręczam bukiet. Jaka ona piękna. Jak się ładnie rumieni. I to zdziwienie.
- A to z jakiej okazji? – pyta się lekko podnosząc kąciki ust.
- Z okazji, że się spotkaliśmy. – uśmiechnąłem się szeroko lecz bez przesady. Ona lekko się speszyła. Przeraziłem się lekko, cofnąłem i zmieniłem uśmiech na życzliwy. Zaproponowałem spacer. Znów gadałem od rzeczy. Lecz ją to bawiło, to dobrze. Wędrowaliśmy przez aleje, alejki. Co chwile tonęła w bukiecie jakby sprawdzając czy nie stracił nic ze swej woni. Starałem się wyłapywać każdy grymas, choćby najdrobniejszy. Reagowałem szybko, lecz z pewną rozwagą. W końcu uznałem że już czas. Przystanąłem lecz ona szła dalej, nie zwróciwszy na mnie uwagi. Tak jakbym wcale nie był tu i teraz. A przed chwilą przecież rozmawialiśmy. Przed chwilą uśmiechnęła się na dźwięk puenty żartu. Widziałem na własne oczy. Podbiegłem, złapałem za ramię. Kocim ruchem wywinęła się z uścisku i spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Chciałbym ci powiedzieć… – zacząłem trochę za cicho. – Chciałbym ci powiedzieć że… – przerwałem w połowie gdy spojrzałem w jej oczy. Przerażone jakby rychłym końcem życia. Chciałbym ci powiedzieć… lecz nie wiem jak to ująć by cię nie odstraszyć.
- Co chciałbyś mi powiedzieć? – odsunęła się nieznacznie.
- Chciałbym ci powiedzieć że mi… że ja ciebie… – oczy pełne przerażenia…
- Proszę nie kończ… Nie wiem co sobie myślisz, ale to zupełnie nie tak. Ja nie… Ja… Przepraszam ale muszę… iść. – odwróciła się i prawie biegnąc coraz bardziej się oddalała. Coraz dalej… dalej… Puściłem się za nią biegiem… lecz po chwili się zatrzymałem. A może… Stanąłem za żółtą linią. Coraz bardziej nie dowierzałem własnym myślom. Jak to się mogło stać?! Przecież teraz było inaczej, może nawet bardziej romantycznie, może nawet bardziej idealnie. Co znowu spartoliłem?! Tak przecież wszystko dobrze szło. Uważałem na najmniejszy gest. Szedłem niepośpiesznie, nie musiała mnie gonić. Żartowałem lepiej, przygotowałem wszystko, byłem pewny siebie. Czemu znów tu jestem?… Proszę odsunąć się za żółtą linię, poprosili. Dźwięk stukotu torów, światło… Skoczyłem.
- Za ten bukiet to będzie czterdzieści złotych. – Głoś kwiaciarki wyrwał mnie z zadumy, zapłaciłem szybko i wyszedłem. Za rogiem dałem bukiet jakiejś ładnej dziewczynie. Zaskoczona go przyjęła a ja pobiegłem dalej. Jestem zdeterminowany, wiem jak mam postąpić. Wiem co mam powiedzieć. Przybyłem na miejsce dużo wcześniej, sprawdziłem komórkę… nic. Wyłączyłem i schowałem. Z zegarkiem przed oczami czekałem. Czekałem aż znów ujrzę te oczy. Tą sylwetkę, te włosy… czekałem. Gdy w końcu ją zobaczyłem podbiegłem i skłoniłem się głęboko.
- Witam piękną damę. Cóż ja dla panny mogę dziś zrobić? – zaskoczyłem, uśmiechnęła się szeroko.
- Oj, weź się nie wygłupiaj. – nadal uśmiechem mnie racząc zarumieniła się lekko. Złapałem pod rękę, pognałem przed siebie. Tym razem się uda. Musi! Przez chwile, przez dłuższe momenty czułem że jestem, że ona jest przy mnie. W końcu zatrzymaliśmy się. Wygiąłem się, wyprostowałem, spojrzałem głęboko w oczy, ona wzrokiem uciekła.
- Kocham cię…
- Co?!
- Kocham cię…
- Ale… Ja… nie… proszę… – nie czekając objąłem i starałem się pocałować. Ona się wyrwała, pozwoliłem jej gdy tylko poczułem pierwszą oznakę oporu. Poprawiła się i ze złością popatrzyła na mnie. Zamachnęła się i nagle na moim policzku pojawił się ostry ból. Odwróciła się i chciała odejść, złapałem ją za rękę.
- Ja… przepraszam, to nie tak…
- Odwal się debilu! Słyszałeś?! Zostaw mnie! – puściłem ją i jeszcze przez chwile patrzyłem jak biegnie, sprawdzając czy jej nie gonie. Jeszcze przez chwilę stałem nieruchomo po czym sam zacząłem biec.
Stanąłem przed żółtą linią. Czekałem. Jeszcze raz, jeszcze jeden raz… teraz na pewno się uda. Musi się udać, nie chce być sam! Nie będę sam! Dźwięk, światło… Skok
- Za ten bukiet to będzie czterdzieści złotych. – Głoś kwiaciarki wyrwał mnie z zadumy, zapłaciłem szybko i wyszedłem. Teraz musi się udać. Po prostu musi! Pobiegłem z kwiatami na miejsce, lekko się zdyszałem. Byłem dużo wcześniej. Usiadłem na ławce, lecz po chwili wstałem. Teraz musi być inaczej. Oparłem się o murek. Czekałem. Ona się spóźniała. A może teraz wcale nie przyjdzie. Może teraz będzie tak samo? Znowu coś nie tak zrobię? Znowu zostanę sam? Nie chcę zostać sam… Usiadłem. Patrząc na płatki wspominałem każdą dobrą chwilę. Każdy jej uśmiech. To wszystko co nie stało się poprzednio. Jestem teraz sam, byłem sam… będę sam. Spojrzałem na zegarek, spóźnia się bardzo… czekałem. Nie przyjdzie. Nie powinna… znów ją zranię. Znów będzie płakała. Po co ja w ogóle tu przyszedłem. Ona powinna być gdzie indziej, przy kimś lepszym. Nie wiem, nie nadaję się. Znów będzie to samo. A a wciąż mam czerwony policzek. Wciąż boli. Patrzę na kwiaty, na kolce… wbijam jeden głęboko w ciało, przeciągam. Czerwień pojawia się na skórze. Ciesze się, to koniec. Nie zranię jej już więcej. Pozłości się i pójdzie. Pójdzie i znajdzie kogoś lepszego, odpowiedniejszego. Czerwień się sączy powoli. Siedzę i czekam. Wciąż ściskam bukiet, mój pogrzebowy. Ciut ciemniej się robi, ciut zimniej. Wtem ona się pojawia. Nie zauważa mnie, to dobrze… rozgląda się wkoło. Jaka ona piękna. Trochę zniecierpliwiona, trochę podróżą roztrzepana. Odwraca się i patrzy w moją stronę. Widzę jak ktoś do niej podbiega, ciut ciemniej, jak wręcza jej bukiet, ciut zimniej, jak przez chwilę rozmawiają, ciut ciemniej, jak gdzieś odchodzą, ciut zimniej, jej uśmiech…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Różne

 

ustrojstwo nie działa

28 cze

Budząc uderzyłem się w stopę, a to wszystko przez tę głupią sofę. Ból w połączeniu z porannym otępieniem był nie do zniesienia więc zamknąłem oczy.  Nie ustawał, więc zacisnąłem je na tyle, że nagle świat rozbłysł mi kalejdoskopem barw i kształtów. To przyjemne obserwować te łuki, okręgi i  kwadraty co chwila zmieniające swój kolor, wygląd i rozmiar, powiedziałbym nawet że w pewnym stopniu kojące. Ale ile można patrzeć na omamy wzrokowe, otworzyłem oczy. Na szczęście świat nadal był na swoim miejscu. To by było smutne gdybym otworzył oczy a świata już by nie było. Ominąć armagedon, niewybaczalne. Zaczął dzwonić budzik. Odwróciłem głowę w jego stronę, czemu wstałem tak wcześnie? Nie mogąc znaleźć racjonalnego wytłumaczenia dla tego fenomenu wyłączyłem drania i otuliłem się ciaśniej kołdrą. Wstać czy nie wstać oto jest pytanie. Ja odpowiadam na nie krótko i zwięźle, jedno wyrazowo. Przekręciłem się na bok. Telefon, ki diabeł?!
Odbieram i po pierwszych słowach prawie wykrzyczanych do słuchawki wiem że to moja rodzicielka. Czemu te rozmowy muszą się tak dłużyć, czemu zawsze się muszę bronić przed oskarżeniami, przed kolejnym zaostrzeniem konfliktu. Rozmowa dwojga upartych ludzi.
Skończyłem, skończyłem?, skończyłem!… Nie…. ja niczego nie mogę skończyć.
-A widziałeś ten numer?- Wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu z kapturem był w moim pokoju a ja go nie zauważyłem?! Nie, zaraz on jest tutaj od zawsze.
-Nie, ale mi go nie pokazuj.- świecące ślepia przebijały się przez skrzętnie uformowany cień przysłaniający twarz jegomościa.
-Zawsze to samo, nie umiesz się bawić.- Znajomy przygarbił się i podrapał po plecach, po chwili milczenia beknął i przysiadł na oparciu.-To jak dziś też chcesz zawojować świat? Przecież to niedorzeczne. Pamiętaj że jesteś niczym w porównaniu do kogokolwiek.
-Zamknij się, nie mam na to czasu.
-Spokojnie, znajdziesz na to czas.
Wstałem i ubrałem się, w jego towarzystwie sen nie jest zdrowy. Wyszedłem z pokoju i korytarzem udałem się do kuchni. Nie jadam śniadań, zwykle otwieram lodówkę, stwierdzam że nie ma nic na co mam ochotę i wracam do siebie.
-Cóż to znowu nie masz psa, chomika, papużki?
-A ty czemu masz tak krótkie nóżki?
-Nic nie wiesz…- siedział na moim krześle, ani wysoki, ani niski, ubrany zwyczajnie a jednak dziwacznie. Miał mój uśmiech ale nie moją twarz. Czemu to tu jest? Czyżbym nie zamknął okna na noc.
-Jak się spało, WYPOCZYWAŁO, nockę zarywało.
-A dziękuje nie zgorzej…. Co cię tu sprowadza?
-Tak wpadłem w odwiedziny, przy okazji nie widziałeś żarówki? Mam do niego sprawę.
-Jaką sprawę?
-A jesteś! Mógłbyś się na chwile nie wyświetlać, męczysz mi obwody.
-Ej, ja tu jestem.
-Nie zaznaczaj swojej obecności, nikt i tak cię nie słucha.
-Ale…
-Morda psie!
-Nie bądź dla niego taki ostry, przecież nie chcemy powtórki z rozrywki.
-On dobrze wie że takiej powtórki nie będzie, nie jest na tyle odważny… No i „obiecał”. Buahahahaha…
Wyszedłem, nie chciałem słuchać tych idiotów. Przechodząc przez drzwi nie patrzyłem gdzie idę, byłem taki pewny że pokoje zawsze są na swoim miejscu. Za progiem jednak pokój nie był taki do jakiego chciałem trafić. Było w nim pełno ludzi, znajomych, przyjaciół i takich których widziałem tylko przez ułamki sekund. Wszyscy się do mnie uśmiechali. To było całkiem przyjemne.
-Ej co wy robicie! Nie widzicie jego brzydoty? Jest debilem a inteligencja na poziomie orzecha laskowego to w jego przypadku komplement.
-I tak oto z bożyszcza stał się miernotą.
Dlaczego oni się odwracają? Zostawiają mnie samego z tymi dwoma? Ja nie chce! Puściłem się biegiem za tłumem. Coś mnie jednak zatrzymało.
-Ej no co ty. Będziesz za nimi biegł? Jak pies za panem? Zostaw ich, poradzisz sobie sam. Sam, zrozumiano?!
-I tak samemu pozostał stadny ptaszek.
-Ale… ale ja nie lubię być sam.
-Pierdolisz od rzeczy, ty uwielbiasz być sam, nikogo nie szanować, wszystkimi pogardzać.
-Ja chce zostać sam.
-Jaki sam, przecież masz nas.
-SAM!
-Koniec płaczu, nie wolno ci łzy już uronić ni razu.
Przeszedłem przez pusty pokój, teraz taki pusty i szary. W około nie było nikogo, po podłodze walały się śmieci. Nie mogłem wytrzymać i wyszedłem. Trafiłem jak zwykle do tego pokoju którego nie chce otwierać. Pełnego kwiatów w różnych kolorach, pod kloszami rosły wielkie i piękne, te w doniczkach mniejsze ale też niczego sobie. Pod stołami zaś wiły się chwasty i ciernie. Odkryłem pierwszy z brzegu klosz, niezaprzeczalnie piękna woń uderzyła mi do nozdrzy. Jaki to piękny kwiat, kolor lekko żółty, taki prawie szary. Sięgnąłem ręką i niechcący przetrąciłem  łodyżkę a kwiat okazał się mieć coś z róży i nierozważnie skaleczyłem się boleśnie. Jak zwykle, zresztą. Odsłoniłem inny, taki ciemny prawie kruczoczarny. No cóż zwiądł, widocznie nie mógł znieść mojej obecności. Zdenerwowałem się bardzo i przesadziłem trochę chwastów na stoły, te szybko uporały się z co piękniejszymi kwiatami.
-I jak, już rozumiesz jak należy postępować?
-Jak sadzić by życia nie marnować?
-Zamknijcie się, to były….
-Masz całkowitą racje „były”, zresztą po co się przejmujesz, tu nigdy nic ciekawego nie wyrośnie, jedyne co to chwasty posadź trochę bardziej estetycznie, może się ktoś nabierze.
-Ale ja nie chce.
-Głupi jesteś.
-Ale ja nie chce, tu mają rosnąć kwiaty!
-Jak ten świat w dziwy bogaty
-Nie jesteś godzien kwiatów, zresztą i tak byś się nie umiał nimi zająć.
-Może masz rację…
Przebywanie tam zaczęło być męczące więc wyszedłem. Przechodząc przez drzwi uderzyła mnie światłość. Wielkie świece buchające ogniem oślepiały wszystkich próbujących zawiesić na nich wzrok. Na ich powierzchni widniały napisy, gęsto ułożone, w nieodczytanym języku.
-Chodźmy stąd, ten pokój dawno powinienem spalić
-Nie, mnie się tu podoba.
-CHOROBA, CHOROBA!
-Idziemy stąd, jeszcze coś dopiszesz i będziesz żałować.
-Nie żałuje niczego co tu zapisałem.
-Ale to cię ogranicza.
-Samemu się ograniczając stałem się bardziej świadomy i rozległy.
-Pieprzysz!
Wyszedłem. Trafiłem znów do swojego pokoju, książki i kartki były porozwalane po podłodze, przyklejone do ścian i sufitu. Z szuflady prawie wylewały się kable a w rogu popiskiwał komputer.
Cały czas pracował na najwyższych obrotach.
-Czy on się nie popsuje?
-Chyba żartujesz, przecież to najnowsza technologia, jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, najszybszy.
-Nie przesadzasz?
-Oczywiście że nie. Czasami ma problem z siecią ale to wina natury i kiepskiego zasilania.
-Acha.
Szum mnie dobijał więc poszedłem stamtąd. Ciemna klitka będąca ubikacją to kolejny przystanek.
-No i jak ci się tu podoba?
-Podoba?! Przecież to kibel jest.
-No nie udawaj że tu nie przychodzisz.
-Przychodzę bo muszę, wiesz taki odruch.
-Na pewno?
-Jesteś obleśny.
-Ograniczony rozwój terenów leśnych
Odwróciłem się i pobiegłem po płaszcz i klucze. Stanąłem przed drzwiami.
-Ty naprawdę chcesz wyjść?
-A co w tym złego?
-Tam przecież nie będziesz miał nas. Kto cię obroni.
-Przecież nie potrzebuje ochrony.
-Pewien jesteś, tam tylko czyhają na ciebie, okradną cie pobiją albo jeszcze gorzej.
-Jesteś przewrażliwiony.
-Ja się tylko o ciebie lękam, przecież ty taki słaby a tam tyle obcych pokoi. Kto wie? Może utkniesz w jakimś, złamiesz gdzieś nogę.
-Ale…
-Co ty wiesz o tam, przecież nigdy nie byłeś tam, pamiętaj że liczy się dla nas tylko tu.
-Ale ja lubię wychodzić, jak mam sprzątać w innych miejscach.
-Przecież zawsze robisz to przez próg, po co to zmieniać?
-Bo tam są inni.
-Stań na progu to ich zobaczysz a nadal będziesz bezpieczny.
-Morze masz rację.
-Mam i się ze mną nie kłuć.
Stanąłem więc na progu, przewiązałem liną alby nie wypaść niepostrzeżenie. Widzę stąd wszystko, a że niczego dotknąć nie mogę trudno, jakoś to przeboleje, oni mi przecież pomogą. Pomogą?….

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Różne

 

Kryształki lodu cz.1

02 lip

- A ty znowu swoje… O co ci w ogóle chodzi?… Tak ja ciebie też, ale co to ma do rzeczy?… Ja? W parku, do szkoły idę… Tak wiem, pamiętam i na pewno przyjdę… Co?!… A nie, przesłyszałam się… Oj przestań!… Nie, nie zarumieniłam się… Dobra kończę bo zaraz się spóźnię… – Olka wsadziła telefon z powrotem do torby i truchtem ruszyła w kierunku uczelni. Jak zwykle się spóźniła ale profesor zawsze darował jej ten „jeden jedyny ostatni raz”. Sama nie wiedziała czy to sprawka wydekoltowanej i zwiewnej wiosennej sukienki czy jej wrodzonego daru do przekonywania.
Zajęcia naturalnie poszyły gładko. Ola zawsze była do nich przygotowana a nawet jeśli nie była to  ostatecznie mogła przybrać odpowiednią pozę i profesor sam sobie odpowiadał na trudne pytania. Zapewne Radek by się wściekł gdyby ją zobaczył, facet był cholernie o nią zazdrosny. Ale Oli się to nawet podobało, przynajmniej wiedziała że mu na niej naprawdę zależy i mogła się czasami z niego pośmiać. Po wykładach spakowała szybko wszystkie swoje rzeczy do torby i wybiegła z sali. Radek miał tę wadę że wymagał punktualności zarówno od siebie jak i od innych co sprawiało Oli niemały kłopot.
Po półtorej godziny Olka stała przed witryną sklepowa i wprowadzała ostatnie poprawki do swojej fryzury. Jeszcze tylko troszeczkę i będzie idealnie, pomyślała. Lecz nim myśl zdążyła zadomowić się w głowie i wprawić w ruch jej rękę zjawił się Radek. Zaszedł ją od tyłu i objął tak mocno że zabrakło jej tchu.
- Puszczaj wariacie… – wydusiła z siebie ostatkiem sił.
- Aaa…. Przepraszam – chłopak rozluźnił trochę uścisk i skwitował całe zajście uśmiechem. Ola obróciła się w jego ramionach i pocałowała go w policzek.
- Czemu tak pilnie chciałeś się ze mną spotkać?
- Wiesz, nie wyobrażałem sobie kolejnej godziny spędzonej bez twojej obecności.
- Oj, przestań.
- No co?..
- Nic, chodźmy gdzieś.
- Co powiesz na mały spacerek?
- Może być.
Osoba postronna mogła pomyśleć o nich że są świetnie dobraną, zakochaną w sobie po uszy parą. Spacerowali powoli, przytuleni, co chwila zerkając na siebie. W końcu gdy usiedli chłopak wyciągnął coś z kieszeni i podał dziewczynie. Nikt by nie przypuszczał że po chwili rozmowy dziewczyna wstanie i ze wściekłością ciśnie podarunkiem o ziemię.
Ola szybkim krokiem ze łzami w oczach oddalała się od ławki na której siedział oniemiały Radek. Doszła do przystanku i nie czekając wsiadła w pierwszy autobus który nadjechał. Jadąc w nieznanym kierunku siedziała i patrzyła na szybę gdzie podobnie jak na jej sukience pojawiały się coraz to nowe krople.
- Ty sobie to wyobrażasz?! Ja z nim tak i w ogóle, a on…. Wiem, wiem, ale zrozum mnie… Nie nie będę dzisiaj moczyć poduszki przez niego…. Nie to ty nie rozumiesz! Już oświadczyny bym rozumiała, nawet gdyby mi powiedział że ma inną ale to!.. Jak to co?! Że jestem jego cholerną przyjaciółką rozumiesz. Przy-ja-ciół-ką!.. Tak wiem że może za bardzo… Ale on… Nie, nie płacze… Wydaje ci się… Naprawdę nie płacze!.. Że co?!
Dziki dźwięk klaksonu i pisk opon na chwilę zawładnęły całą świadomością Oli. Potem już tylko ten głos w słuchawce domagający się odpowiedzi. Coraz ciszej, coraz ciemniej, coraz…
Radek wpadł do sali z takim impetem że mało co nie rozbił szyby w drzwiach. Gdy ostatnia zajęta do tej pory czym innym para oczu skierowała się w jego stronę, zwolnił poprawił koszulę i wyrównał kwiaty. Wolnym już krokiem podszedł do recepcjonistki i z wyraźnym zaniepokojeniem spytał o drogę.
- A pan to rodzina? – głos starawej i zapewne zrzędzącej petentom recepcjonistki wyraźnie dawał do zrozumienia że jego posiadacz nie tolerował żadnych ustępstw.
- Znaczy ja… To moja bliska znajoma. – Radek wiedział że ta niepewność go zgubiła.
- W takim razie nie może się pan widzieć z chorą. Dziękuje… Następny.
- Ale niech pani zrozumie. To dla mnie naprawdę ważne.
- Następny powiedziałam.
Zrezygnowany i osowiały chłopak podszedł do okna i oparł się na parapecie w oczekiwaniu na coś czego sam nie był w stanie określić.
- Pan niech się nie przejmuje, ona tak zawsze. Zaraz pana zaprowadzę do sali. – Niska pielęgniarka o czarnych, kręconych włosach związanych w kok i okrągłej, ładnej buzi wskazywała ręką najbliższy korytarz. Jej życzliwy wyraz twarzy nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do intencji.
- Dziękuje. – Radek jeszcze raz wyjrzał przez okno i udał się za pielęgniarką… Padało.
W pokoju w którym leżała Ola było jasno. Co chwilę słychać było syk i pobrzękiwanie aparatury do której była podłączona. Pielęgniarka powiedziała że to śpiączka powypadkowa a zaraz po tym zabrała kwiaty bo podobnież nie wolno było ich wnosić do sali w której leżał chory. Radek przystawił sobie krzesło do jej łóżka i siedząc delikatnie ujął jej dłoń. Przez chwilę nie wiedział jak ma zacząć. Czy ma płakać, czy przepraszać, a może wyjść i zapomnieć…
- Wiesz co Olka, dziś miałem serio głupi dzień… – zaczął i opowiadał, opowiadał jej o swoim dniu, o rzeczach których sam nie rozumiał. Opowiadał tak długo aż nie zaczął chrypnąć. Potem już tylko siedział trzymając ją za dłoń. Wiedział że zaraz go stąd wyrzucą. Albo lekarze albo rodzice Olki. Przymknął oczy i oddalił się w swoje wspomnienia o dziewczynie która teraz leżała obok niego, nieprzytomna.
Gdy zapragnął je znowu otworzyć z przerażeniem odkrył że nie jest w stanie. Nie czół już ręki Oli, nie czół już nawet tego że siedzi. Trwał w bezruchu jakby zawieszony w pustej przestrzeni. Wtem jego oczy otworzyły się a przed nim zmaterializowała się para przekrwionych ślepi. W moment potem do ślepi doszedł szczerbaty uśmiech, poznaczona zmarszczkami twarz i reszta ciała.
- Witam. – Dziwny jegomość wyglądał jak kloszard z tym że był ubrany w dobrze skrojony brązowy garnitur. Radek nie mógł wydusić z siebie ani słowa. – Widzę że pan na coś czeka. Może na zbawienie? Może na otwarcie sklepu?… Nie… Pan czekasz na dziewczynę… Tu muszę pana zasmucić bo dziewczę nie przyjdzie. Za to pan zawsze może do niej iść, nikt panu nie broni.
- Jakto?! – Radek z całych sił próbował się obudzić.
- Normalnie. Trzeba iść i ją znaleźć… a raczej do kupy poskładać. W sumie to jedno i drugie.
- Ale gdzie? – umysł chłopaka bronił się jak tylko mógł przed uznaniem dziwacznego jegomościa za prawdziwą osobę.
- W sumie to jeszcze nie wiem. Ale mogę wskazać początek, zawsze coś; nieprawdaż?
- Ale jak?… – Radek poczuł że coś go puszcza i że upada na kolana. Gdy spojrzał na siebie miast silnego i dojrzałego ciała mężczyzny zobaczył małe chłopięce rączki i parę chuderlawych nóżek.
- CO JEST ?!
- Aaa zapomniałem panu powiedzieć. – wyszczerbiony uśmiech dodawał tylko groteski do całej sytuacji. – Tutaj w jej świecie jest pan taki jakim ciebie widzi dziewczę w środku… albo jakoś tak.. w sumie to kiepski jestem w te klocki. Jednakże inaczej trochę będzie pan wyglądał tu niż tam… A i o ubranie zadbać trzeba… Coś pan taki nie gadatliwy… W takim razie dowidzenia.
Wraz ze zniknięciem kloszarda zniknęła i ciemność. Gdy Radek rozejrzał się ponownie zobaczył że klęczy pośrodku polany całej usłanej białymi kwiatami, zupełnie takimi jakie przyniósł ze sobą, a w ręku trzyma złoty łańcuszek. Po chwili wstał i szybkim, lekko chwiejnym, krokiem swoich chudych jak patyki nóg ruszył w stronę słońca, które nienaturalnym blaskiem oświetlało polanę. Był tak przerażony i zdeterminowany że nie zauważył ogromnego ptaka krążącego nad nim… ani siedzącego na ptaku jeźdźca.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

Opo 4

18 cze

I co o tym myślisz? Podoba się tobie?
Wolałbym coś… hmm… mniej krwawego.
Ale to przecież kunszt się liczy, a nie forma.
W tym przypadku przesadziłeś z lekka.
To co teraz mam zrobić, spalić to wszystko, z dymem puścić?
Posprzątajmy tu. Nie chce więcej na to patrzeć.
Me uczucia obrażasz.
Trudno…
Światło co z reflektorów samochodu przejeżdżającego biło, zaczęło spływać na alejkę ciemną. Jak smar po maszynerii pracującej ku uciesze technika tak ono spływało po ciałach ułożonych w karykaturalnych pozach. Wnętrznościami przyczepione do siebie, zatrzymane w makabrycznym tańcu. Jedynie postać pośrodku stojąca, w stary płaszcz odziana, bacznie się tym tańcom przyglądająca, zdawała się pojmować piękno okrucieństwa, jakiego czarty na dnie piekieł dziewięciu wystrzegać się zwyczajne. Jej oczy ciemnej zieleni koloru przeskakiwały od szczegółu do szczegółu. Od kawałka kości do krwi skapującej. Gdy blask światła do jej stóp się zbliżył, postać cofnęła się o kroki dwa do tyłu.
Co do?!.
Stać!
Nie z nami takie numery. Zaraz tańczyć będziemy taniec szczery, bo śmiertelny w swych skutkach.
Nie! Zostaw… uciekamy!
Do mnie to mówisz, proroku nieszczery?
Do ciebie! Zostaw go, uciekamy.
Postać nie oglądając się za siebie  wcale, jak pantera w gracji swej szale po ścianie, na dach, na drugi. Skakać przez czas długi. I do swej pieczary zdążyć. By do nas nikt nie zdążył się przyłączyć.
Czemu, czemu muszę cię znosić?
Spytaj sam siebie kolego. Mnie nic do tego. Sam tobą jesteś. Ja w tobie się mieszczę. W tobie ma kołyska, schronienie i grób będzie.
Zawsze w ten sposób odpowiadasz! Powiedz ile jeszcze z wyroku mi pozostało? Rok, Dwa?
Cała wieczność mój kolego.
Przecież ja nic nie zrobiłem, czemu księżyc mnie przeklął. Czemu słońce nienawidzi.
Ha! I tu się mylisz pijawo złota, to ty im żeś stawił czoła, a że przegrałeś z kretesem i dna życia żeś doszedł. Twoja to sprawa.
Zamknij się bo słuchać cię nie mogę.
Jak życzysz sobie.
Sen jak co dzień z pierwszym promykiem tarczy słońca skraca skazańcowi tułaczkę bez końca. Promieniami złotymi nie dane mu się już raczyć, przeklęte ciało i dusza skażona choć umierająca nie kona. Wyjęty spod władzy śmierci kochanki, bez celu liczy poranki. Z każdym słońca zachodem wstaje i wyrusza na łowy, po rubinu kielichy.
Patrz na to ciało powabne! Na jej ruchy zgrabne. Jak ona krocząc tańczy. Proszę cię puśćmy stado szarańczy. Niech ten obrazek pięknem kipiący zniszczy.
Czemu nic nie mówisz? Zgodziłeś się czy odmówisz? Czemu tak patrzysz? Nie mów tylko, żeś coś zobaczył. Przecież to worek mięsa, sztuka cielęca. SŁYSZYSZ MNIE! Odezwij się!
MILCZ! Spójrz na jej dłonie, na usta rozchylone. Przecież to Bogini a nie hołota. Nie waż się jej porównywać do tego ludzkiego błota.
Szalony! Szalony powiadam. Książę nocy, co ty wyprawiasz. To nie godne, nie wypada. Posłuchaj sumienia swego, bo w osobie własnej do ciebie rzecze. To śmierć, męki przez półwiecze.
Pani, rękę mi pani poda, ja pomogę. Ależ oczywiście że nie szkodzę. W jaki sposób zajęty, tak piękną twarzą zawsze przejęty. Niech się dama nie rumieni, to szczerość a nie dźwięk zdradliwych kamieni. Proszę niech tutaj usiądzie, przecież nie gryzę, nie sądzę. Jak brzmi imię panienki?.. Takie imię w piekle umie skracać męki! Czemu nie poda mi pani ręki? Bo się wstydzi? Oj jak ładnie się wstydzi. Rada że mego serca nie widzi.
Żegnaj się panie z panienką bo słońce zaraz będzie twą udręką!
Pani wybaczy, przeprosić muszę, lecz późno już a ja w podróż zaraz wyruszyć muszę.  Nie, smucić się nie wypada. Przecież człowiek na człowieka czasem wpada. A tak piękną damę me oko wyłowi z tłumu. O ile nie zaszkodzi to komu, rad bym panią znowu po kryjomu, spotkać w miejscu ustronnym. By nie dawać widoku ludziom postronnym. Zresztą spotkamy się jeszcze na pewno, nim to serce zamieni się w drewno.
Tu ukłonił się cudnie, spojrzał jeszcze na damy suknie i skoczył w ciemności odmęty.
Czy te chwile, momenty, warte są takiego poświęcenia? Natury swej nieistnienia? Powiem wam skrycie że nie tylko wampira to zmora lecz i każdego ludzkiego potwora.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

WRGB

14 cze

- Nie było smaczne – Czerwony oblizując się odrzucił ciało na bok.
- Mówiłem ci, że nie będzie. Przecież to lump. – Biały poprawił swój garnitur i strzepnął z niego niewidoczny pyłek.
- To co teraz? Idziemy na panienki?
- Oj Czerwony, przecież wiesz że mamy się z kimś dzisiaj spotkać.
- Ale Biały, mnie się tak chce…
- Zamknij się popaprańcu… O zobacz już idzie. – Biały obrócił głowę Czerwonego w stronę wyjścia z alejki.
Do ciemnego zaułka wkroczyła szybkim krokiem smukła dziewczyna o kocich oczach i azjatyckiej urodzie. Mała czarna którą miała na sobie zdawała się stapiać z jej długimi za łopatki włosami w jedną całość, która jak kotary w zakazanych świątyniach, falowała na wietrze wiejącym jej w plecy. Biały szybko puścił Czerwonego i ponownie poprawił nienagannie ułożony garnitur. Czerwony wstał z klęczek i obrócił się w stronę przybyszki.
- Jak tam Niebieska?.. Udane dziś łowy? – zaczął Czerwony swoim niskim i lekko charczącym głosem.
- Jak łowy?! Do dupy. Zielony wszystko mi popsuł. Znowu będę musiała iść spać bez kolacji. A tak poza tym to cześć chłopaki. – kobieta machnęła im ręką na przywitanie.
- Cze… – rzucił Biały.
- Witam… – grobowy głos Czerwonego mógł przyprawić niejednego śmiertelnika o szybsze bicie serca.
Biały odwrócił się do swojego współtowarzysza i spojrzał się na niego z niedowierzaniem.
- Coś ty taki… klimatyczny?
- A tak w internecie pisało że tak się witać powinniśmy…. – Czerwony zrobił głupią minę, która oznajmiała zaawansowanie jego procesów myślowych.
- Uff… Już myślałem, że trochę inteligencji ci się w czerepie uchowało. – Biały zachichotał radośnie ale spoglądając ponownie na minę Czerwonego momentalnie spoważniał i wyprostował się.
- Dobra chłopaki dajcie spokój z tymi pierdołami. – dotąd przyglądająca się całej wymianie zdań Niebieska zabrała głos. – Co na dziś w kalendarzyku?
Biały wyciągnął gruby notes z wewnętrznej kieszeni marynarki i otworzył go mniej więcej w połowie. Przez chwilę jeszcze wertował kartki po czym mechanicznym tonem wyrecytował.
- Czarny oczekuje nas w swoim „zamczysku” o wpół do 3… – Biały jeszcze przez chwilę wertował notes – To chyba tyle…
Niebieska odgarnęła włosy z twarzy i machnęła ręką na towarzyszy.
- Chodźmy bo Zielonego trzeba zgarnąć… Zastanawiam się gdzie on się teraz szlaja…
- Pewnie znowu straszy ludzi na cmentarzu. Jak myślisz Czerwony?… A nie sorry ty nie myślisz…
- Co?.. – Czerwony nie zainteresowany przebiegiem rozmowy przystanął na chwilę.
- Co tam takiego ciekawego było? – oczy Białego zaczęły szybko przeszukiwać okolice.
- Aaaa nic… Zielony po budynkach skakał… Gdzieś tam.- Czerwony uniósł swoją wielką łapę i wskazał pobliskie wieżowce.
Czerwony nie zdążył opuścić ręki gdy Niebieska już w pełnym biegu oddalała się od nich.
Nie myśląc dużo dwóch panów pobiegło za nią.
- Ej! Słonko co tak pędzisz?!.. – rzucił Czerwony lekko sapiąc.
- Ten psychol znowu TO! zrobi. Dawać chłopaki bo coś wam ciężko idzie! – Niebieska długimi krokami pokonywała kolejne metry zostawiając mężczyzn daleko w tyle.
W oddali wielkimi susami jakaś postać pokonywała przestrzenie pomiędzy najwyższymi budynkami w mieście. Nie przeszkadzało jej zdziwienie ukazujące się na twarzach gapiów ani silny wiatr targający jej zielonym płaszczem. Duch zamknięty w cielesnej pokrywie rwał się do księżyca jak dziecko do ciastka.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

Kolejne opowiadanie

26 maj

- Karolu jak blisko są barbarzyńcy?- rzekł niski pozbawiony jakiejkolwiek obawy głos.
- Nie wiem panie. Zwiadowcy mówią, że… Huk wypalającego kilkunastotonowego działa zagłuszył mi jakże ważną dla pana mego wiadomość.
- Nie ma czasu.- Mapa okolicy majestatycznie poszybowała w stronę stert papierów na biurku.
- Pomóż mi włożyć zbroję.
Karol, nie ociągając się, posłusznie wykonał wolę pana.
Gdy tylko blask hełmu zasłonił twarz jego, krzyknął ochoczo wychodząc z izby.
- Ruszamy! I niech te psy mają ze sobą swego boga… będzie ciekawiej.
Ostatnie słowa wypowiadał na granicy cichości niesłyszalnej, ale ja, giermek znany z licznych talentów, usłyszeć to zdołałem.
Ze stojaka tarcze i miecz pana wziąć jeszcze zdołałem i ruszyłem za nim.
Widok bitwy pola należeć do przemiłych nie mógł. Dalece bowiem odbiegał od pól makowych w naszych rodzimych stronach. Choć barwą podobieństwo mógł imitować.
Tę twierdzę potężną Enarat zwaną, zdobywali psy niewierne, co bogu krwawemu i zawistnemu służyli. Główna przestrzeń twierdzy usłana ciałami jak plaża piaskiem była, a krzyki agonii i szczęki żelaza niosły się jak wiatry cioci Ludmiły po izbie dusznej.
Z wielkim żalem rzec to musze, iż brać nasza chrześcijańska w żyć porządnie dostawała.
Wtem brama, co na dziedziniec prowadziła pękła z hukiem wielkim częściami swymi walczących obsypując. Patrząc jak araby przebrzydłe przez bramę, tak jak ziemniaki z wora się wysypują myśl okrutna przez umysł mi przeszła, że to koniec giermka wieszcza.
Nim się spostrzec zdążyłem pan mój na dole znajdować się raczył z tarczą i orężem, który jeszcze przed chwilą trzymać w rękach miałem.
W zbroi wypolerowanej mienił się w słońcu arabskim jak święty w odwiedzinach u swych współbraci w piekle tonących. Smoki dwa na piersi jego tańczące w gorącu i zaduchu dnia tamtego zionąć ogniem żywym się zdawały a miecz błyszczący jako boskie narzędzie się jawił.
Pan mój nim zareagować zdążył w okrutnej sytuacji się znalazł. Jak niedźwiedź w czas polowań przez myśliwych krwi jego żądnych i psów gromady otoczony tak teraz on przez nierządnice Allacha w koło wzięty został.
Lecz mimo swej sytuacji mistrz mój miecz podniósł. A wtedy niebiosa widoku chcące sobie tego oszczędzić zasłoniły swe oblicze i ciemnością się stały. Grzmot gniewu bożego z mieczem pana się zgrały i trzy łby w powietrze pofrunęły. Reszta hultajów cofnąć się zdążyła i czekać jak w oblężonym burdelu zaczęła. Z piana bijącą i pałami podrygującymi, o tarcze walonymi. Majster mój do przodu parł zaczął a ciął heretyckie ścierwa z łatwością i precyzyją taką jako to robi chłop żyto w czas żniw rżnący.
Liczba i rynsztunek znaczenia mieć nie miały, pan mój każdego z Bogu podobną tylko sprawiedliwością na tamten świat wysyłać raczył. Sam jeden jako punkt błyszczący, refleks w krwi kielichu do bramy przejście utorował sobie.
Kundle Machometa uciekać poczęły. Pewno prócz mistrza mego do walki inni znamienici przyłączyć się zdążyli. Po chwili już po niektórych ledwie, co włos z końskiego ogona pozostał, ale pany rycerstwo za wygraną dać nie chcieli. Jeńców nie zostawiali a gonili za psubratami aż na sześć długości od twierdzy. W takiej to odległości ostatnie ciała heretyckie widzieć można było jak je ptactwo bezcześci. Ze środka ciała na zewnątrz wyniesiono i oliwami oblano. Mrok zapadał i stoły rozstawiano, a z zewnątrz przydatnie tym razem ogień przygotowania do uczty oświetlał. Choć na tyle przydały się marne grzeszników żywoty.
Pan usiadł na beczce i o miecz swój się oparł.
- Jak myślisz Karolu. Czy chwała tego zwycięstwa w historyji kartach godna jest zapisania? -rzekł to tak łagodnie, że wrażenie się miało jakoby przed chwilą kąpiel z dziewką brał.
- O na pewno – potulnie odrzekłem w podziwie jego spokoju.
- Pomóż mi zbroje zdjąć, wyszoruj ją dokładnie, potem do uczty się przyszykuj.
- Z przyjemnością – rzekłem radośnie, rozradowany faktem, iż mistrz mój o miejsce mojego pobytu w czas bitwy nie spytał.
- A właśnie, ilu dziś innowierców ubić ci się udało? – Boże mój… Boże, czemu mnie tak doświadczasz…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne

 

Pierwsze opowiadanie

23 maj

"Czarne słońce"

    Dym wydobywający się z lufy łagodnie zwijał się w powietrzu, w przeciwieństwie do kupy mięsa która leżała naprzeciwko. Agoniczne podrygi, pozbawionego głowy ciała, nie należały do najmilszych widoków. Ale w sytuacji jakiej się znalazł były jednymi z najczęstszych. Mężczyzna podszedł do tego co pozostało z psa i strzelił jeszcze raz dla pewności. Zwykle tego nie robił ale po tym co dziś zobaczył wolał już się nie zdziwić. Odwróciwszy głowę jeszcze tylko spojrzał na to co gospodarz dumnie nazywał piwnicą. Było w niej ciemno, brudno i teraz niemiłosiernie śmierdziało siarką. Otrzepał się i udał się po schodkach do wyjścia.
- Ile płacimy? – radośnie spytał tłusty i spocony gospodarz widząc jak Łowca wychodzi z piwnicy.
- Jeden Bies, jedna uncja kaszy i coś do picia. Pasuje?
- Oczywiście!.. Miło się z panem robi interesy.
- Wątpię… – Łowca z niesmakiem popatrzył na górę tłuszczu i podszedł do bali z wodą stojącej nieopodal wyjścia z piwnicy.
Czemu oni zawsze tak się wysilają; i tak nienawidzą nas z całego serca. Spływająca po twarzy chłodna woda na chwilę przerwała potok myśli. To po co te cholerne uśmieszki i grzeczności. Przecież wszyscy dobrze wiemy, że sobą gardzimy.
Mieniące się w słońcu kropelki spływały po jego przeoranej bliznami twarzy skupiając się na podbródku i spadając cichutko na ziemię. Takie chwile to jedne z nielicznych w których mógł poczuć ulgę.
Chwile w których klient oddalał się by przygotować zapłatę a mięśnie mogły odpocząć po wytężonej pracy. Te chwile jednak nie trwały zbyt długo. Gospodarz szybko zorganizował pokaźnej wielkości worek i bukłak.
- Proszę – burknął podając nagrodę Łowcy.
- Taa…
Kolejna maszkara wysłana do czeluści. Za miesiąc lub dwa pewnie wróci jeszcze bardziej wściekła i żarłoczna, ale co go to obchodziło. To już problem innego Łowcy. Przyjął worek i bukłak po czym odwrócił się gwałtowanie, o mało co nie przewracając gospodarza i biegiem udał się na zachód. Zawsze tak robił.
    W ciemnym, zagraconym pokoju przy ogniu małego paleniska siedział człowiek. Powietrze w pomieszczeniu było równie gęste jak zupa przygotowywana w puszce ustawionej nad paleniskiem. Nieliczne z promyków światła przebijających się przez zasunięte kotary tylko bezczelnie potwierdzały ten stan.
- Co tam pichcimy? – Łowca szybko wyciągnął broń i wycelował w źródło głosu.
- Spokojnie… – przybysz wyciągnął ręce do przodu w geście poddania się. – Jeszcze komuś zrobisz tym krzywdę.
Łowca odwrócił się spokojnie i popatrzył na wychudzoną postać ubraną w najdroższe ciuchy jakie były na stanie lumpeksu.
- Czego? – z niezrównaną sobie obojętnością powiedział Łowca.
- Przybyłem tutaj aby prosić cię o przysługę. – Chudy jegomość opuścił już ręce i podszedł bliżej.
- Słucham.
- Mamy duże zlecenie i chcielibyśmy aby pan w nim wziął udział. No o ile pana Anioł Stróż nie ma nic przeciwko temu. – Przybysz rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu.
- Nie mam swojego. Co to za zlecenie?
Mężczyzna z zaciekawieniem przyjrzał się Łowcy. Krótko przystrzyżone włosy, krótki zniszczony płaszcz i wytarte jeansy nie pasowały zbytnio do wizerunku Łowcy. Jedynie wielki srebrny krzyż zawieszony na szyi sprawiał wrażenie rzeczy na swoim miejscu.
- Jak to pan nie ma?!
- Po prostu nie mam. Koniec tematu! Co to za zlecenie?
- Upadły anioł! – Zleceniodawca prawie przeliterował.
Łowca zagwizdał i przemieszał zawartość puszki, dbając by jego jedyny w tym dniu ciepły posiłek się nie przypalił.
- Ile za to?
- Trzy uncje ryżu i pięćdziesiąt litrów wody.
- Zapłata warta fatygi – mruknął do siebie Łowca. – Kiedy i gdzie?
- Najlepiej jeszcze dzisiaj, przed spichlerzem.
- Będę o świcie. – Mężczyzna w kolorowym ubraniu uśmiechnął się i ukłonił lekko.
- Wyczekuje naszego następnego spotkania. A teraz żegnam. – Wychodząc potknął się jeszcze tylko o próg, wywołało to perfidny uśmieszek na twarzy Łowcy.
    Poranki były zawsze najobrzydliwszą porą dnia w tym mieście. Czarne słońce powoli wyłaniało się znad budynków i swoją obecnością nie pozwalało na dalszy sen. Od kiedy tylko straciło swoją naturalną barwę, stało się jeszcze bardziej wkurzające. I pomyśleć, że to wszystko przez nieostrożne dzieciaki z pentagramem. Szlag by to trafił.
Łowca wstał i włożył na siebie płaszcz. Po wewnętrznych stronach umieścił broń i w zadumie popatrzył na paczki amunicji, które leżały nieopodal.
Tak Jeremiaszu, żyjesz w czasach gdzie naboje są tańsze od wody…
Wychodząc urwał jeszcze tylko kawałek chleba i wsadził go sobie do ust. Nie zamykał za sobą, po pierwsze nie miał co zamknąć, po drugie żaden normalny człowiek nie kradnie niczego z domu Łowcy. W końcu ktoś kto zabija demony musi być od nich gorszy.
Miasto, a raczej to co z niego pozostało po pierwszych wojnach niebieskich, wyglądało jak zamek z piasku zniszczony przez nadpobudliwego dzieciaka. Do tego oczywiście trzeba dołożyć tłok i smród spoconych, niemytych od tygodni ciał i ekskrementów które zalegały w niedrożnej od dziesięcioleci kanalizacji.
Przejście przez to mrowisko było nie lada wyczynem dla normalnego człowieka, ale nie dla Łowców. Wszyscy wiedzieli, że nie można ich dotykać, a już zbliżenie do jednego z nich sugerowało kłopoty.
Przed spichlerzem stał zleceniodawca. Tym razem ubrany w fluorescencyjną różową kurtkę i spodnie od markowych dresów. Gdy tylko zobaczył Łowcę zamachał do niego i podszedł.
- Jak się dzisiaj mamy?
- Może ominiemy te grzeczności i przejdziemy do sedna?
- Dobrze, już dobrze… Cel znajduje się w środku. Zabezpieczony pieczęciami. Jedyne co pan musi zrobić to go odwołać.
- Niech zgadnę, żaden inny głupiec nie podjął się tego samobójczego zadania?
Jaskrawo ubrany jegomość nabrał powietrza.
- Niech pan nie odpowiada… Którędy mam wejść?
Zleceniodawca wskazał ręką małe drzwiczki.
Łowca poprawił płaszcz i udał się w stronę wejścia. Po drodze mijał kramy pełne broni i amunicji. Nigdzie nie dostrzegł tak deficytowego towaru, jakim było jedzenie. Tuż przed drzwiczkami prawie nie potknął by się o leżącą dziewczynę. Odsunął ją nogą i otworzył jedno skrzydło. Tyle wystarczyło by się przecisnąć. Jeszcze raz spojrzał na leżącą żebraczkę i wszedł do środka.
Gdyby nie te szmaty byłaby całkiem ładna.
Ciemność, która panowała w środku, mogła zostać określona jako nieprzenikniona, gdyby nie kilka dziur w dachu wpuszczających nic nie dające pasemka światła. Tańczące w nich pyłki zdawały się starać wydostać na zewnątrz ale smagane podmuchami świeżego powietrza pozostawały w zamknięciu. Wtem na środku wielkiego pomieszczenia rozbłysło światło. Łowca skulił się zasłaniając sobie oczy ręką w której trzymał broń. Kolejny rozbłysk był czymś, czego Łowca już nie mógł pamiętać.
- Gdzie? Co? – Łowca majacząc spróbował otworzyć oczy, bolało…
- Spokojnie, jeszcze się nie ruszaj. – Ciepły kobiecy głos działał lepiej niż leki.
- Gdzie jestem? – mężczyzna wycedził przez zęby.
- W bezpiecznym miejscu. Jak wydobrzejesz to pogadamy.
- Jasne.
Łowcy zwykle nie miewają snów, a jeśli już to koszmary. Tym razem było inaczej. Jeśli za każdym razem, gdy będzie bliski śmierci, będzie mu się śniła piękna kobieta, to może się tak dziać codziennie. Sen nie był wyjątkowy, nie zawierał akcji, była w nim tylko ona. Piękna, uśmiechnięta, choć nie widział dokładnie jej twarzy czuł że tak jest, i troszczyła się o niego. To wystarczy by błagać Boga, żeby po obudzeniu nie znikła.
Gdy Łowca jednak otworzył oczy, nie było jej. Oczywiście że jej nie było, w końcu to tylko sen; pomyślał.
- O już się obudziłeś? – ten sam ciepły głos. Łowca spróbował odchylić głowę ale nie miał siły. – Nie frasuj się tak bo jeszcze sobie coś zrobisz.
- Gdzie? – wycedził przez zęby.
- Czy to ważne? Grunt że żyjesz i przy odrobinie szczęścia będziesz jeszcze w stanie się sam poruszać.
- Czemu? -Gdyby nie ten piekący ból w klatce i potworne zmęczenie zadałby bardziej rozbudowane pytania. Na teraz musiało to jednak wystarczyć.
Na chwilę zapanowała cisza. Łowca miał nadzieję, że jego rozmówczyni nie poszła sobie gdzieś, a zastanawiała się nad odpowiedzią. W takich sytuacjach głupio by było zostawać samemu, bez podstawowych informacji o swoim położeniu i stanie.
- Powiedzmy, że był to samarytański gest.
- Jasne. – Łowca ręką chciał sprawdzić czy nie ma żadnych nowych blizn na ciele, niestety nie mógł. On już dobrze zna takie samarytańskie gesty.
- Mówiłam ci, żebyś się nie frasował. Nic ci nie zrobiłam. Zresztą wiem że jesteś łowcą. Głupio by było się takiemu narażać, co nie?
W takiej sytuacji mogła by mi się narażać ile wlezie. I tak nie jestem w stanie ruszyć palcem.
- Więc mnie nie dotykałaś?
- Jasne że nie! Jeszcze życie mi miłe.
To właśnie była największa broń Łowców. Dotknięcie ich uruchamiało pewną obrzydliwą klątwę. Ciało Łowcy jak i jego nieostrożnego koleżki rozkładało się w gepardzim tempie. Dawało to jakieś trzy dni życia dla wytrwałych i kolejne dwa na zamienienie się w kupkę nawozu. Dzięki temu żaden, nawet najgorszy popapraniec, wliczając w to demony, nie odważył się dotknąć Łowcy.
    Dni mijały powoli a Łowca czuł się coraz lepiej. Choć nadal przykuty do łóżka… Prawie dosłownie bo jego wybawczyni widząc że próbuje wstać, przywiązała go.
- Kiedy będę mógł wstać? – Łowca zapytał niepewnym głosem.
- Kiedy wydobrzejesz. – nowy kompres wylądował z plaskiem na czole mężczyzny, oblewając jego twarz ciepłą wodą.
- Ile jeszcze?
- Nie wiem. Strasznie cię poharatało. A ja już nie mogę tego zrobić szybko.
- Czego?
- Wyleczyć cię.
- Mogę chociaż spytać o imię wybawcy? – w jego ustach brzmiało to raczej jak żądanie niżeli prośba.
- Imerej
- Dziwne – kobieta odchrząknęła znacząco.
- Imienia się nie wybiera – powiedziała głosem pełnym wyrzutu. – A ciebie Łowco jak zwą?
- Jeremiasz.
Kobieta nagle wybuchnęła śmiechem.
- Z czego się śmiejesz?!
- Z niczego, coś mi się przypomniało. – powiedziała, usilnie próbując zdusić śmiech.
Bycie przywiązanym do łóżka miało jednak też dobre strony, nie mógł jej teraz przydusić i wyciągnąć informacji. Zapewne po takim incydencie nie byłaby już taka skora do pomocy choremu. Mimo wszystko wolał już zasnąć. Konwersacja z opiekunką mogła go tylko bardziej zdenerwować a nie chciał obrażać osoby która go uratowała. Zresztą nawet jej nie widział, tylko ten przeklęty sufit. Znał już prawie na pamięć ułożenie wszystkich dziur i pęknięć na tym szaroburym obrazie nędzy. Zamykając oczy miał tylko nadzieję, że znów zobaczy tą kobietę. Od momentu gdy po raz pierwszy ją ujrzał, cały czas o niej myślał. I choć wiedział że to tylko marzenie, że jej włosy, twarz i ciało to tylko ułuda, nie mógł dłużej skupić myśli na niczym innym. Przez wiele lat tak długo nie myślał, dopiero teraz gdy nie mógł się poruszyć, przedzierał się przez swoje myśli nagromadzone i upchnięte w najciemniejszym zakamarkach duszy. Dopiero teraz poczuł, że jest sam. Wcześniej się nad tym nie zastanawiał, nie był mu potrzebny nikt inny tylko trochę jedzenia i miejsce do spania. Uczucie samotności było czymś nowym, czymś nieznanym i boleśniejszym od jakiejkolwiek rany, którą kiedykolwiek miał. Leżąc z zamkniętymi oczami błagał po cichu żeby ktoś przy nim był. Żeby choć na chwilę przygasił ten ból. Zdawał sobie jednak sprawę, że to o co prosi jest niemożliwe. Nikt o zdrowych zmysłach nie zbliży się do niego, a już na pewno nie kobieta jak z jego snu. Ciało coraz bardziej ciążyło mu, w jednej chwili poczuł się bardzo stary, tak stary jak jego pradziadek, albo i jego dziadek, a miał przecież dopiero dwadzieścia pięć lat. Nie mogąc dalej wytrzymać zacisnął mocniej oczy w nadziei, że to szybciej przyniesie błogi sen.
- Witam śpiocha! – radosne słowa przyjemnego głosu przerwały kolejny z koszmarów. Już się ich nie bał, za często się pojawiały. Zresztą i tak widział straszniejsze rzeczy na żywo.
- Już świta? – spytał zaspanym głosem.
- Taaa jasne świta… To już obiad cwaniaczku!
- Aaaa… obiad… – powiedział od niechcenia.
Odgłosy krzątania się dziewczyny były całkiem przyjemne, przynajmniej wiedział że jest gdzieś blisko.
Kolejny dzień spędzony na łóżku. Kolejny…
- Kiedy będę mógł wstać?
- W sumie to zaraz cię odwiąże. W moim mniemaniu już jesteś na to gotowy. Poczekaj chwilę.
Poczuł ciągnięcie przy nadgarstkach i kostkach. Po chwili wiedział, że już nic go nie krępuje ale bał się poruszyć. Bał się odwrócić wzrok i rozejrzeć się po izbie. Jakiś irracjonalny lęk przed spojrzeniem jej w oczy. Kim jest? Jak wygląda? Do tej pory takie pytania nawet nie przychodziły mu na myśl. Teraz musiał się z tym zmierzyć. Musiał powrócić do rzeczywistości, do tych brudnych i spoconych ludzi. Do panien bez zębów i pokaźnej części garderoby. Nigdy już nie będzie miał okazji na myślenie o kobiecie ze snów. Bał się że po takim czasie wszystko się zmieniło. Że nie ma do czego wracać; a rozpoczynanie czegoś nowego było jeszcze bardziej przerażającą perspektywą.
- No co tak leżysz, wstawaj! – dziewczyna po raz pierwszy nachyliła się nad nim ale spod burzy loków nie mógł dostrzec jej twarzy. Podciągnęła go do pozycji siedzącej. Dopiero teraz przypomniał sobie o klątwie. Odepchnął ją z całych sił. Dziewczyna z dużym impetem upadła na podłogę.
- Czemu to zrobiłeś? – powiedziała prawie płacząc. Zrobiło mu się jej żal, ale to uczucie przeistoczyło się w gniew. Teraz i tak umrą. Po co zmarnowała tyle czasu. Przez jej głupotę teraz umrą oboje.
- Dlaczego mnie dotknęłaś! To wyrok! Nie wiesz o tym?!
- Mam rękawiczki i… i długie rękawy. – dopiero teraz zauważył że szlocha. Usilnie próbuje zatrzymać emocje które w niej siedzą. Jeremi widział jak płaczą kobiety, jak płazą po stracie dziecka, jak płaczą przez niego. Teraz nie wiedział jak się zachować, nie mógł jej przytulić, nie mógł wydobyć z siebie słowa pocieszenia. Zresztą nie znał takich słów. Nie mógł także odejść bez słowa. Zawieszony w tej okropnej chwili patrzył jak dziewczyna siedzi na podłodze jak mieniące się w świetle łzy spadają na ziemię tworząc ciemniejsze kręgi. Łowca chciał odwrócić wzrok ale nie mógł. Coś go przymuszało do patrzenia na osobę, która się nim opiekowała a którą on potraktował w tak okrutny sposób.
Sama sobie jest winna nie trzeba było mnie dotykać bez ostrzeżenia!… Co ja?!… Przecież ona dobrze wiedziała kim jestem. Powinienem pomyśleć. Przeprosić.
Myśl o tym jedynym słowie którego nigdy nie używał przerwała wszystkie inne. Mimo że wiedział jak je wypowiedzieć, to jedno słowo nie chciało przejść mu przez gardło. Nieważne jak by się starał. Ułożył usta do pierwszego dźwięku i nabrał powietrza.
- Przepraszam! – wrzasnął. Bynajmniej nie tak sobie wyobrażał przeprosiny; ale inaczej nie przeszło by mu to przez gardło.
Dziewczyna gwałtownie podniosła głowę. Jej twarz była znajoma. Teraz różowa od nabiegłej krwi, z oczyma lekko podsiniałymi i świecącymi dróżkami którymi biegły łzy. Złote loki przykleiły się do jej policzków a usta wykrzywione do tej pory w smutku otworzyły się z niedowierzania.
- Ty mnie przepraszasz?… – spytała jakby nie wierzyła w to, co powiedziała.
- Nie każ mi tego powtarzać. – Mężczyzna powiedział prawie błagalnym tonem i odwrócił się w poszukiwaniu czegoś do założenia na siebie.
Pokój, w którym leżał nie był duży. Łóżko stało przy samym wejściu a naprzeciw niego stały jakieś szafki, na ostatniej wolnej ścianie było okno teraz zasłonięte podziurawionymi kotarami. Lokum musiało być strasznie drogie bo wszystkie ściany były murowane. Dziewczyna widząc rozglądającego się Łowcę rzuciła w jego stronę zwitek z ubraniami.
- To twoje… uprane…
- Dzięki. – Łowca ubrał się powoli. Długo leżał i jeszcze nie czół się jeszcze na siłach.
Dziewczyna otarła sobie twarz i usiadła na łóżku obok Jeremiego.
- I co teraz zrobisz? – obawiał się tego pytania. Przecież nie powie jej, że odejdzie bez słowa; a chciał tak zrobić. Tak by było najlepiej dla nich oboje.
- Jeszcze nie wiem. Jakieś propozycje? – dziewczyna spojrzała prosto w jego oczy. Teraz gdy już nie płakała, była naprawdę ładna. Widział już gdzieś ten typ urody, na pewno nie u drugiego człowieka. Jego opiekunkę można było porównać do posągu wydobytego spod ręki mistrza ale nie do innego człowieka. Wpatrując się w nią zastanawiał się, gdzie już widział tę znajomą twarz. Zresztą samo wpatrywanie się było wystarczająco przyjemne by nie przerywać, w tym szarym świecie trochę piękna zmieniało szarość w pełen kolorów kalejdoskop.
- Możesz na chwilę przestać… To trochę krępujące.
- Aaa tak jasne. – Jeremi szybko odwrócił głowę i zaczął wpatrywać się w swoje skórzane rękawiczki. Gdzieś już ją widział, na pewno, ale gdzie?…
- Możesz mi pomóc z chorymi… – Łowca parsknął śmiechem.
- Widziałaś kiedyś Łowce w roli pielęgniarki?
- Ludzie cię tu nie znają. A i tak wszyscy znachorzy noszą rękawiczki. – odparła trochę naburmuszona.
- Taaaa…
- Mam jeszcze jedna prośbę. Czy mogę dotknąć twojej twarzy?
- Po co?
- Mam problemy ze wzrokiem a chciałabym cię obejrzeć.
- Przez rękawiczki.
- Oczywiście.
Dziewczyna miała cienkie rękawiczki z nieznanego Łowcy materiału. Materiał był miękki i ciepły. Jeremi wyobrażał sobie, że taka właśnie jest jej skóra. Miękka i ciepła. Zupełnie jak te rękawiczki. Gdyby tylko mógł zerwał by je i przytulił te dłonie do siebie. Po chwili jednak skarcił się za tą myśl. On nie jest taki, nie może być. Zabijanie demonów… to jest jego życie. Wysyłanie ich tam skąd przyszły. Dotyk innego człowieka nie jest mu pisany. Nawet gdyby mu go bardzo brakowało.
Znowu zaczął myśleć. Znowu pędzące uczucia i wspomnienia zalały go jak woda z wodospadu. Tęsknota, żal i smutek wbijały się powoli w serce. Gdyby mógł tylko poczuć… Pamiętał jak kiedyś mu mówiono że każdy Anioł Stróż trzyma swojego Łowcę w objęciach póki ten nie poczuje się lepiej. Jeremi nie miał swojego. Może nigdy nie miał, a może jego Anioł odszedł od niego. Gdyby tylko mógł teraz poczuć dotyk swojego Anioła, na pewno poczuł by się lepiej. Wyobraziłby sobie, że ten dotyk, to dotyk tej dziewczyny. W końcu wszystkie jego myśli skupiły się w jedno wołanie wyrażające wszystkie jego tęsknoty:
Boże czemu?!
Jeremiasz nawet nie spostrzegł kiedy dziewczyna skończyła. Cały czas czół ścieżki po których przejeżdżała palcami.
- Taki brzydki to ty nie jesteś. – powiedziała radośnie. – Spodziewałam się starego i pomarszczonego zrzędy, a jesteś młodym i lekko pokiereszowanym zrzędą… – Uśmiechnęła się radośnie. Teraz już wiedział gdzie ją widział, to ona mu się śniła. To jej twarz widział gdy trwał w objęciach morfeusza. Jego serce napełniło się radością. Szybko jednak wydaliło słodki nektar. To oznaczało, że nawet tam nie mógł się do niej zbliżyć. Wszystkie jego nadzieje, że gdy zaśnie będzie mógł poczuć się jak normalny, legły w gruzach. Wrażenie, że teraz jest od swojego marzenia dalej niż kiedykolwiek nie dawało mu spokoju.
- Coś taki zamyślony?
- Eee?… – spojrzał na nią jeszcze raz. Jeszcze raz zobaczył w niej swój sen, to jednak było za wiele, odwrócił szybko wzrok i utkwił go w rękawiczkach.
- Dobra zostawiam cię samego. Jak będziesz czegoś chciał to jestem przed domem.
- Jasne. – po tym jak odprowadził ją wzrokiem znowu się położył. Myśli nie przestawały bombardować jego głowy.
Co teraz? Odejść? Zostać? Czemu miałbym zostawać? Dla niej? Nie znam jej… Ona nie zna mnie… Ale chciałbym żeby poznała. Żeby wiedziała że nie jestem tylko chłopcem od brudnej roboty…. Co ja w ogóle myślę?! Przecież mnie z nią nic nie łączy. Ale to dziwne uczucie… Pierdolić to wszystko! Czemu nie mogę się tego pozbyć. Nie mogę wyrzucić z siebie, zapomnieć tamtego obrazu… Tak bym chciał nie myśleć, nie zastanawiać się…
Leżał w bezruchu, jego twarz jak zwykle wyrażała zmęczenie i ogólną niechęć. Z każdą kolejną chwilą takiego trwania myśli atakowały go coraz bardziej. Postanowił, że przerwie to tu i teraz. Bez zbędnych ceregieli. Wstał, przeszedł przez dom i wyszedł na zewnątrz. Zapach ziół i przypraw z kuchni jeszcze kręcił go w nosie. Przechodzenie przez kotarę dzielącą go od świata zewnętrznego było w pewnym sensie zwieńczeniem jego kuracji. Dumny z siebie i zdeterminowany, zrobił ten zasadniczy krok. Blask czarnego słońca oblał cały świat, który miał przed sobą i oślepił go na chwilę. Długo już nie przebywał na świeżym powietrzu. Powoli wyłaniające się z jasności ciemne kształty zaczęły przypominać mu coś dobrze znanego. Wyłaniały się kępki traw, ogrodzenie, szmaty wiszące na sznurach i ludzie. Parszywi niewdzięczni ludzie. On do nich należał, wiedział o tym dokładnie. Rozejrzał się dookoła ale nim spostrzegł Imerej ona zawołała do niego.
- Hej śpiąca królewno, chodź tutaj!
Jeremi odwrócił się tylko w jej stronę. Cała była okrążona przez bandę dzieciaków. Jakoś nie zależało mu na pakowaniu się w tę gromadę. Zresztą jego cel był prosty. Odciąć się od tego wszystkiego. Jak najszybciej.
Imerej odgoniła dzieciaki i podeszła do Łowcy.
- Nie naburmuszaj się tak, opiekowanie się tobą nie było takie złe. – odwróciła się do niego plecami i wskazała na bandę dzieciaków. – Uratowałam je wszystkie, i wielu ludzi w tym mieście. – powiedziała z dumą w głosie.
Dopiero teraz Jeremi zauważył dwa kikuty wyrastające jej z pleców. Mutant? Widział już takie ale nie były tak bardzo ludzkie. Zresztą ona była bardziej ludzka niż ktokolwiek inny.
- Co to? – spytał z obojętną miną.
- A to?.. – wskazała na plecy – Pamiątka…
- Po czym?
- A od kiedy to ty taki dociekliwy?
- Od zawsze, taka praca.
- Może mi nie uwierzysz ale kiedyś miałam piękne skrzydła. Wielkie, białe i szeleszczące. Miałam kogoś strzec ale zobaczyłam kogoś innego bardziej potrzebującego mojej pomocy. Wyrwałam więc sobie pióro i podarowałam je potrzebującemu.
- Chcesz mi powiedzieć że jesteś Aniołem Stróżem, tak?
- Nikt minie dawno tak nie nazwał… Już bardzo dawno.
- Mniejsza z tym… Nie odleciałaś do nieba po tym jak zginął twój podopieczny?
- On nie zginął – powiedziała z radością w głosie. – Po prostu wyrwałam sobie za dużo piór by za nim podążać.
- I ty to mówisz z taką lekkością! – Jeremi prawie na nią wrzasnął.
- Przecież poradzi sobie, a ci ludzie są bardziej potrzebujący… – powiedziała naburmuszona.
Myśl o tym, że przez takie anioły, ktoś mógł cierpieć jak on sprawiła, że coś pękło w Jeremiaszu. Zamachnął się i uderzył Imerej w policzek. Ta spojrzała się na niego z wyrzutem.
- Jesteś nieodpowiedzialną suką! – mówiąc te słowa uświadomił sobie, że mówi do anioła. Do stworzenia kreowanego samą ręką Pana. Jak taka istota może być nieodpowiedzialna?
Jednak czasu na zastanawianie się nie było dużo, twarz dziewczyny momentalnie zrobiła się różowa a z kącików  oczu zaczęły płynąć łzy. Upadła na kolana i zaczęła głośno płakać. Po chwili jednak wstała i uderzyła go w twarz zostawiając cztery krwawiące ślady po paznokciach.
- Palant!.. Niewdzięczny debil! – odwróciła się i poszła w stronę domu, po chwili przystanęła i spojrzała na swoją dłoń. Końcówki jej palców były zakrwawione. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała przerażona na Łowcę. Ten oniemiały rozsmarował sobie krew na policzku i wyciągnął przed siebie zakrwawioną dłoń żeby lepiej się jej przyjrzeć.
    Pierwsze wiosenne krople spadając majestatycznie z nieba powoli zmieszały się z krwią i tworząc czerwone ścieżki podobne do pulsujących żył na ręce Jeremiego spadły na ziemię. Niebo zaszło czarnymi jak słońce chmurami i w parę chwil zrobiło się ciemno. Natura jakby czując, że jej dzieci wydały na siebie wyrok zapłakała nad nimi. Pierwsze grzmoty rozbrzmiewające w powietrzu zagłuszyły krzyk rozpaczy obojga straceńców.
    W pokoju panował półmrok, jedynie samotna świeczka ustawiona na środku stołu próbowała walczyć z ciemnościami. Naprzeciwko siebie siedzieli Łowca i Anioł Stróż. Oboje przygnębieni i obciążeni świadomością wyroku. Wyroku śmierci.
- Jak… Jak mogłaś? – spytał z wyrzutem mężczyzna.
- Przecież… – kobieta nadal była zapłakana, szlochając wypowiadała słowa sylaba po sylabie, każda kropla płynąca z jej oczu zdawała się pogłębiać wyraz rozpaczy na jej twarzy. Złote loki straciły swój blask a sylwetka zmarniała. Z pięknego anioła przeobraziła się we włóczęgę jakich wielu w tym świecie. – Przecież ja nie chciałam…
- Ale zrobiłaś… – gniew narastał w Jeremiaszu z każdym kolejnym słowem. Jak ona śmiała mnie dotknąć. Przecież wiedziała… Przecież ona wiedziała…
Każde wspomnienie o nadchodzącej śmierci wywoływało zimne dreszcze. Wiele razy stawał w jej obliczu ale nigdy nie był jej pewien jak dziś. Miał jeszcze tylko trzy dni. Zwykle wiedział co ma zrobić ze swoim życiem, teraz gdy miał świadomość ile mu pozostało, jak mało czasu mu pozostało, stracił sens. Chciał zrobić tyle rzeczy ale trzy dni nie wystarczyły na żadną z nich. Spojrzał na Imerej i zrobiło mu się jej żal. Taka piękna, taka młoda a musi umrzeć. Umrzeć wraz z nim. Wstał, okrążył miarowym krokiem stół i przystanął przy niej. Przez chwilę jeszcze bił się z myślami po czym objął ją i przytulił do siebie.
Anielica przestała płakać, nie wiedział czy to z zaskoczenia jakie wywołał ten gest, czy z powodu złości jaka w niej nabrzmiewała. Teraz go już to nie obchodziło, otumaniony jej zapachem i miękkością jej ciała chciał tak stać aż do swojej śmierci. Chciał już na zawsze mieć twarz zatopioną w złocistych lokach a dłonie wplecione w fałdy jej ubrania. Przez chwilę jeszcze nie ruszali się, w końcu dziewczyna odepchnęła Łowcę i poszła do swojego pokoju. Mężczyzna usiadł przy stole i ukrył swoją twarz w dłoniach.
Boże czemu?!.. Czemu gdy stoję nad przepaścią pokazujesz mi to z czego zrezygnowałem?.. Czemu sprawiasz, że coraz bardziej kocham życie. Przecież wiesz że umrę, czy musisz mnie jeszcze na koniec dobić, zniszczyć wszystko w co wierzyłem?!.. A może to dar… może chcesz mi pokazać że jeszcze o mnie nie zapomniałeś. Że przynajmniej przez te ostatnie chwile mogę być szczęśliwy… ODPOWIEDZ MI!!
Jeremiasz usnął przy stole, siedząc z twarzą ukrytą w dłoniach. Dłoniach, które usilnie blokowały wszystkie łzy których nie zdążył wypłakać.
Obudziwszy się wraz z czarnym słońcem, Jeremi przeciągnął się i wstał. Przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy natury. W wrzaski przebudzonych dzieci, w śpiew ptaków, w szum kotar poruszanych wiatrem. Rozejrzał się po pokoju, wszystko było normalne, żaden garnek czy miska nie mówiły o tym, w jak beznadziejnej sytuacji znalazła się ich właścicielka. Łowca przeszedł się po całym domu ale nigdzie nie znalazł Imerej. Wyszedł na zewnątrz i udał się w stronę klifu który zobaczył poprzedniego dnia. Jeśli już ma zginąć, nie będzie tego robił przy innych. Zawsze żył sam, sam też umrze. Gdy tylko zbliżył się do klifu spostrzegł stojącą na jego krawędzi postać. Wiedział że to ona, któż inny mógłby się targać na woje życie w taki dzień. Podszedł do niej i stanął podobnie jak ona na samym skraju skały.
- Wysoko tu? – spytał raczej tylko po to by w jakiś sposób zacząć tę ostatnią rozmowę
- Wystarczająco by się już nigdy nie obudzić. – jej głos był bezbarwny, pozbawiony wszelkich emocji.
- To jak? Skaczemy?
- Wole poczekać na zachód słońca.
- Może i masz rację, ładniej będzie to wyglądać. – Jeremi usiadł i machając nogami w powietrzu począł gwizdać piosenkę, którą kiedyś zasłyszał w barze. Anielica chwilę później położyła się obok niego i zaczęła się wpatrywać w niebo. Po kilku godzinach czarne słońce zaczęło stykać się z taflą wody.
- Wiesz… – zaczął Łowca. – nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty.
- Czemu mi to mówisz?
- W sumie to nie wiem, teraz już mi nie zależy na tym co o mnie myślisz. Mogę mówić śmieszne rzeczy. Mogę mówić o tym, o czym nigdy nie mówiłem.
- Myślisz że wyznawanie miłości w takiej chwili nikogo nie skrzywdzi?
- Myślę że nie…
- Grubo się mylisz! – dziewczyna poderwała się na klęczki i zrobiła groźną minę. – Wszystko co mówisz ma swoje konsekwencje, nie możesz rzucać tu i tam „kocham cię”, bo wiesz, że już umrzesz! – w jej oczach zbierały się łzy.
- Spokojnie… – Jeremi na chwilę wstrzymał głos aby lepiej przemyśleć to co powiedziała mu jego towarzyszka niedoli. – przecież nic jeszcze nie powiedziałem. Zresztą co by to zmieniło?
- Dużo… – powiedziała naburmuszona.
Jeremiasz odwrócił się w jej stronę i spojrzał w zapłakane oczy. Zbliżył się do niej i szepnął:
- Kocham cię… – jak tylko skończył wypowiadać ostatnie sylaby, pocałował ją.
Dziewczyna szarpnęła się do tyłu.
- Czemu to zrobiłeś?! – spytała załamującym się głosem.
- Dlaczego nie… Przecież powiedziałaś że to dużo zmieni.
- Nie miałam… Nieważne… – powiedziała odwracając swoją głowę w stronę słońca które już prawie w całości schowało się w oceanie. – Przegapiliśmy zachód.
- Jutro będzie następny… i po jutrze jeszcze jeden…
- Co to miało znaczyć? – zapytała z nieskrywaną w głosie irytacją.
- Nie wiem, ty mi powiedz.
Imerej wstała i poszła do domu, Łowca tylko odprowadził ją wzrokiem. Przez chwilę wydawało mu się, że jeszcze ją słyszy, potem nastała cisza, miarowo przerywana przez dźwięk fal bijących o klif. Leżał tak jeszcze chwilę po czym wstał. Patrząc na księżyc uśmiechnął się do siebie i poszedł do domu.
    Następnego dnia wstał i zaczął sprzątać jakby był u siebie. Koło południa wróciła właścicielka domu.
- Co robisz?!
- Sprzątam, nie widać…
- Ale przecież…
- Na stole stoją kwiaty dla ciebie. Ładne?
- CO TY WYPraw i  a   s    z….
- Żyje… Jeszcze przez chwilę.
- Przecież nie obudzimy się jutro, po co to robisz?! – Dziewczyna znowu zaczęła płakać.
- Spokojnie… – Jeremi podszedł do niej i objął ją. – Dopóki żyje chce wreszcie zrobić to normalnie.
- Ale po co wszystko, te kwiaty dla mnie, przecież ja nie… – łzy zdławiły kolejne słowa.
- Nie chcesz żyć?…
- Nie o….
- To żyj, masz jeszcze chwile to ją wykorzystaj. – Imerej wyrwała się z uścisku i uderzyła Łowce.
- Co ty bredzisz?! Dziś nie obudzimy się, a ty tak spokojnie do tego podchodzisz. Czy ty nie boisz się śmierci?! – znowu uderzyła w płacz.
- Jeśli spotkam cię po drugiej stronie, nic nie jest dla mnie straszne.
- Wariat!
- Poprawka, zakochany wariat.
- Zamknij się! Nie jesteś… nie możesz… – powoli osunęła się na kolana i skryła zapłakaną twarz w dłoniach.
- Choć… – Jeremi delikatnie, jak nigdy dotąd, postawił na nogi dziewczynę i wyszedł z nią za dom. – Patrz… – wskazał jej zachodzące czarne słońce.
Gdy byli już na skraju klifu, Łowca zawahał się. Usiadł na ziemi i poprosił Anielice o to samo.
- Teraz możemy się w spokoju napawać ostatnim zachodem słońca w naszym życiu.
- Ale ja nie chce um….. – Imerej rozpłakała się i przytuliła do współtowarzysza.
- Nie martw się. Po drugiej stronie też się spotkamy… – dziewczyna pociągnęła kilka razy nosem.
- A może nie… – powiedziała z przekąsem.
- Może nie… – Jeremi uśmiechnął się…
Czarne słońce nie zwracało uwagi na coś tak nieistotnego w świecie, jak dwoje ludzi leżących na klifie. Spokojnie opadło poza linie horyzontu i ustąpiło miejsca swojemu młodszemu bratu Księżycowi który wraz ze swoimi córkami gwiazdami rozświetlił niebo.
Zasnąć w objęciach kobiety, piękne marzenie Jeremiego spełniło się. Nawet więcej, tą kobietą był najprawdziwszy Anioł. Anioł Stróż, który nie był jego, czuwał nad nim gdy umierał i gdy wyzdrowiał. Teraz już śmierć nie była mu tak straszna. Nawet się nad nią nie zastanawiał, jeśli musiała przyjść to niech zrobi to we śnie.
    Ciepło na twarzy nie było czymś nowym dla Jeremiego. Czy jestem już za… Nie chciał otwierać oczu wystarczało mu uczucie, że Imerej jest przy nim. Nie chciał jej zbudzić, więc leżał nieruchomo. Gdy pierwsze odgłosy przyrody doszły do jego uszu gwałtownie podniósł głowę i rozejrzał się. Nadal byli na klifie. Ona leżała obok niego, fale miarowo uderzały o wybrzeże a ptaki wykłócały się o kawałek ziarna. Żyli… Łowca delikatnie obudził Anielicę i zanim spostrzegła co się stało postawił ją na nogi.
- Widzisz to co ja? – spytał z niedowierzaniem.
- Nie wiem… – odgarnęła włosy i przetarła oczy, po czym rozejrzała się dookoła. – Co to ma znaczyć?…
- Bóg dał nam chyba jeszcze jedną szansę… – Łowca przytulił się do Imerej i pocałował ją, tym razem zdawało mu się, że nie miała nic przeciwko…
KoNiEc

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Różne

 
 

  • RSS